31 października 2009

Shore

"Jake. Proszę. Daj mi jeszcze jedną szansę. Ostatnią. Juz nigdy o nic więcej cie nie poproszę. Tylko ten jeden ostatni raz". Usłyszał zza siebie odchodząc w kierunku portu. Zatrzymał się i powoli odwrócił się w jej stronę. Nie zatrzymał się dlatego, że jej słowa, ona czy cokolwiek jeszcze dla niego znaczyły. Zrobił to z przyzwyczajenia. To było echo uczuć, które żywił do niej tak długi czas. Była dla niego wszystkim, jedyną rzeczą wartą skinienia palcem. Teraz wszystko się zmieniło. Nic już nie będzie takie samo. Nigdy więcej. Wytężył wzrok przedzierając się przez ciemność nocy wypełnionej mgłą. Po jej policzkach spływała kaskada łez, którą mimo to był w stanie odróżnić od mieszającego się z nimi kroplami deszczu. Zziębnieta, przemoczona i bezbronna, błagała go spojrzeniem o wybaczenie. Uwierzył w jej łzy, ale to nie mogło niczego zmienić. Nie mógł jej tego wybaczyć. Rozumiał ją, ale to była kwestia zasad. Naciagnął mocniej kołnierz płaszcza na szyję i głośno wypścił powietrze z płuc. Nie był jej winien niczego, ale czuł jednocześnie, że powinien coś odpowiedzieć. Wciągnął powietrze z powrotem i otworzył usta, jednak głos łamał mu sie w gradle. Odpuścił. Wiedział, że nie mogła czuć jego wilgotnych oczu. Wiedział, ze nie mogła się tego nawet spodziewać, bo nie dość, że nie pamiętał, żeby kiedykolwiek płakał, to jeszcze wielu ludzi powtarzało mu, że nie płakał nawet jako dziecko. Nigdy im nie uwierzył, bo nikt nie może rodzić się skurwielem. Ciepło spływajace po skostniałym policzku wydało mu się przez moment większą pieszczotą niż dotyk jej dłoni. Dłoni, które są już dłońmi obcej osoby. Nie poczuł mimo wszystko niczego w stylu katharsis, był na to zbyt wyrachowany. Kiedy skryła twarz dłoniach, zamknął oczy i odwrócił się.
"Jake! Proszę!"
"Nie, mamo. To był ten ostatni raz.", wycedził nie odwracając się w jej stronę. To miał być ostatni raz kiedy ją widział. To miał być ostatni raz kiedy ona go widziała. Przypalił papierosa pod płaszczem i ruszył z powrotem w strone portu. W strone samochodu. W stronę domu.

"To była bardzo długa droga do domu" - pomyśłał.


Massive Attack - [Blue Lines # 06] Unfinished Sympathy

17 października 2009

... a wtedy świat dawał oferty jak SuperSam

Nie palę. Tytoń ma smak wczoraj, a wczoraj mi nie wyszło. Przeszło mi przez głowę, żeby zacząć od nowa. Odciąć się. Jestem gdzieś w połowie, pomiędzy "to nie jest sposób", a "a nie mówiłam?". Podobno zawsze miałem słomiany zapał, ale mogę powiedzieć jak Nicolson u Keseya, że przynajmniej próbowałem. I did it my way too Frank! Wiesz. Wczoraj to balast. Tak samo jak nostalgia. Wczoraj jest cieniem dzisiaj jak w tym kawałku Madliba. Tak. Jesienie stają się zbyt... po prostu zbyt. Są takie zdania, których nigdy nie powiesz. Do niedawna tez miałem takie zdanie. Dzisiaj już mówię niesmiało: "Jestem jak wszyscy".
Auto-diss.
Yesterday seem's so far away generalnie.

18 września 2009

People Always Look Better in the Sun

Szurałem po mieście bez celu, oglądając się za dupami i mrucząc pod nosem hymny młodości, płynące z membran. OK brzmi dobrze, ale tak naprawdę byłem kolejnym typem rozbudzającym transcendentny, materialny sen w nadziei uśpienia wszelkich innych myśli. Ocknąłem się kiedy zderzyliśmy się barkami, na ulicy, której nazwy nigdy sobie nie przypomnę. Ściskając jego dłoń, przejrzałem go na wylot. Wszystkie słowa przechodzące później przez jego usta potwierdziły moje przypuszczenia. Życie to kiepski scenarzysta, więc kiedy podrapał się po głowie, posypał się tylko łupież. Nie powiedział nic głębokiego, ani zaskakującego. Nie spełniło się nic z tego co obiecywaliśmy sobie siedząc w ostatniej ławce. W szkole, która nauczyła nas wszystkiego, tylko nie tego jak żyć. Pamiętam jeszcze - ledwo co prawda - jak rozmawialiśmy o starości. Man! Dla nas nigdy nie wiązała się z wiekiem. Iggy Pop nigdy nie będzie stary! Obaj wierzyliśmy, że starość jest tylko stanem umysłu, zaczyna się kiedy rezygnujesz z marzeń, usprawiedliwiasz się brakiem czasu i mówisz swoim dzieciom, że "są ważniejsze rzeczy". Zasłaniasz się odpowiedzialnością, ale kiedy patrzysz im w oczy i widzisz siebie sprzed kilku lat, czujesz ukłucie tęsknoty, tak skutecznie duszonej przez lata, że sam uwierzyłeś w swoje własne kłamstwo. Powtarzałeś je już tyle razy. Nie wiem dlaczego to spotkanie było takie bolesne. Dlatego, że będę taki sam jak wszyscy? A może dlatego, że sprawiał wrażenie szczęśliwego?
Może.
Wiem jedno: kłamał, ale najgorsze w tym wszystkim było to, że mu uwierzyłem.
Jak w tym kawałku kul kidsów.

SoKo - People Always Look Better in the Sun

30 sierpnia 2009

Cała młodość. RIP

19 sierpnia 2009

Sorry Ma, Forgot to Take Out the Trash

Sięgam do kieszeni kiedy te są puste. Odwieczny taniec ludzi, tutaj chyba nigdy nie znajdziesz już sensu...
Za trzy lata widzę siebie w tweedzie ze skórzanymi łatami na łokciach, pedalsko narzuconym szaliku i wayfarerach. Nawet już się nie buntuję. Paralelne umieranie, począwszy od sprzeciwu, przez walkę, skończywszy na akceptacji. Zostawiłem za sobą już tyle nadziei, pragnień i idei. Muzyka jest już tylko tłem, a ludzie tylko szczeblami życia. Czasem wraca do mnie pomysł o puszczeniu tego wszystkiego jeszcze raz od początku. Dyskretny urok backmaskingu w nadziei odkrycia podpowiedzi i wskazówek ukrytych w ścieżkach. Ale wiesz... tylko czasem i coraz nieśmielej z resztą.
Liczę "kwiaty zła". Czytaj: znowu piłem.
Liczę wszystkie ślady szminki na papierosach, zdarte trampki i kolana, rozmowy ideałach. Rozmawiałem dzisiaj przez telefon ze znajomym i nerwowo owijałem kabel telefonu, wokół palca. Moi przyjaciele kroczą twarzą ku słońcu. Nikt z nich nie gubi sensu. Są skupieni... Ja nie.

The Replacements - [Advantureland #13] Unsatisfied

16 maja 2009

Urban Legend

Port był spokojny niczym sierpniowe morze. Otulony przez mgłę, w lepkiej masie nocy, przypominał stary mebel przykryty prześcieradłem. Tutaj czas nigdy się nie zatrzymywał, on po prostu od zawsze stał w miejscu, niewzruszony i uodporniony na osiadający na wszystkim kurz przemijania. Zamknął z trzaskiem drzwi Fiata, w chwili, gdy zza budynku kapitanatu wypłynęło echo dźwięku rozregulowanego silnika ostatniego autobusu odjeżdżającego do miasta. Jedynie słabe smagnięcia fal w burty kutrów, dryfujących bezwładnie, wypełniały zmierzch. Ulicznych latarń ciągnących się długą wstęgą wzdłuż nabrzeża elektrownia nie przewidziała w swoim miesięcznym planie, więc ciemność rozświetlały jedynie błyski niebieskich lamp z dachów radiowozów, ożywiając przestrzeń w milisekundowych odstępach. Zapomniał jak przenikliwie zimny może być wiatr o tej porze roku. Padało. Całą drogę tępo wsłuchiwał się w jednostajne dudnienie deszczu o dach samochodu, próbując pokonać senność wywoływaną przez jego monotonię. Postawił kołnierz płaszcza. Był w kolorze burgundu, choć teraz nie robiło to jakiejkolwiek różnicy. Nie wszystko musi być logiczne - pomyślał, odsalutowując na odpierdol jakiemuś dzieciakowi z lokalnej komendy, patrząc z politowaniem na starannie pielęgnowany zarys zarostu pod nosem. Kiedyś lubił jesienie. Lubił nawet zapach deszczu. To musiało być jeszcze wtedy, kiedy wierzył, że polubi to miasto. Minęło "w międzyczasie" i przestał zwracać uwagę na jesień, deszcz i jeszcze kilka innych rzeczy. Życie jednak nie stało się przez to ani trochę mniej skomplikowane *. Wsuwając legitymacje głębiej w butonierkę skajowej marynarki, mijał portową tawernę. Nie różniła się niczym od innych, z resztą wszystkie były takie same. Wypełnione po brzegi przypadkowymi marynarzami, cinkciarzami, drobnymi przemytnikami, siedzącymi przy zatłoczonych stolikach i dziewczynami czekającymi przy barze na czyjeś skinienie przy wtórze skrzeku rozkalibrowanego big beatu płynącego ze sceny. Czuł żar gryzący usta, więc upuścił końcówkę kapitańskiego i podeszwą wtarł niedopałek w asfalt, podchodząc do zakrwawionego porucznika Zubrzyckiego, siedzącego w otwartych drzwiach policyjnej Warszawy w chwili, gdy przydeptywał kolejnego carmena. Patrząc na tempo jego oddechu zamieniającego się parę, wiedział, że ciągle optępiały tkwił w szoku. Minęła północ. Kilkadziesiąt kilometrów dalej, zachrobotał rozrusznik. Najsłynniejsza miejska legenda po raz kolejny budziła się ze snu.

* Klasyczny przypadek paradoksu z dupy, spisanego na kolanie... a "to tylko jedna z moich wad."




_________________
Byłem tu!

Tkaczuk.

13 kwietnia 2009

Widziałem wszystko.

7 lutego 2009

Stream of non-consciousness

Zaczynam od "a wiec". To w końcu moja historia. Jest piątek. Słońce wyparowało z miasta. Od kilku dni jest szaro, chyba nawet mglisto, chociaż może to tylko spaliny. Nie widać wyraźnie sufitu nieboskłonu. Wszędzie jest nie tyle biało, co białawo, coś jak jak Papier-mâché. Czekam na biały autobus. Piętnastkę. W miejscu biały umownie puszczam oko. Miasto żyje swoim rytmem. Każdy jedzie, idzie, biegnie "gdzieś", "po coś", albo stara się sprawić takie wrażenie. Wszyscy mają poglądy, konto w banku, ulubiona piosenkę, wolne popołudnia, marzenia i telewizor. Stoję sam, zakrzyczany przez billbordy, tempo życia i zachodnie samochody kupione za kredyty. W słuchawkach brzęczy jakieś dałn-tempo. To zdecydowanie nie jest muzyka miasta. Przynajmniej tego miasta. Po dziesięciu minutach podjeżdża autobus. Biały, ubłocony spalinami Jelcz. Wsiadam, nie kasując biletu. Ostatniego kanara widziałem jakiś rok temu. Karawana rusza. Patrzę w okno unikając wzroku innych. Inni robią to samo.. Śmieszne, ale nie pamiętam ani jednej twarzy, jaka zapadłaby mi w pamięć, podczas jakiejkolwiek trasy w przeciągu sześciu lat studiów. Wszystkie dziewczyny są takie same. Wszyscy inni jeszcze bardziej.
Droga trwa długość albumowej wersji Light My Fire. Wysiadam koło Auli. Topniejący śnieg oblepia wszystkim buty i nogawki spodni. Sięgam po szluga. Ciągle jeszcze wierze, że rzucę to gówno przed trzydziestką.
Architektura uczelni to klasyka socrealizmu w najintensywniejszej fazie. Masa kątów prostych i jeszcze więcej betonu. Wszędzie przydymione czasem szyby i szare betonowe elewacje. Straszą swoją opowieścią. Strzepuje popiół, jak się okazuje na prawy but. Chwilę tupię, mijany przez ławice ludzi, pędzących na zajęcia. Jak „cel – pal”. Wyławiam wśród nich znajomą twarz. Nie pamiętam jego imienia. Przed moją repetą byliśmy razem na roku. Nie lubiłem go. Włączam pauze w empetrójce i ściskam jego dłoń. Nie ma formy, jest sflaczała. Jeszcze za nim zapytałem: "Co dobrego?", mówi, że dostał się na studia doktoranckie. Pytam o średnią z pięciu lat. Z zażenowaniem mówi cztery i cztery. Patrzę mu w oczy. Wierzę. Życie ściska mu dupę. Tak jak kiedyś studia. Twierdzi, że do aplikacji zabrakło mu jednego punktu, że był właśnie złożyć odwołanie, ale w sposobie, jaki to powiedział można wyczuć brak większych oczekiwań w tym kierunku. Powiedziałem, że gorzej już było i teraz musi być lepiej. Nie uwierzył. Pytam jeszcze ile trzeba przygotowywać się do aplikacji. Trzy miesiące.. Tym razem już nie wierzę. Pyta o seminarium. Nie pamiętam co dokładnie odpowiedziałem. Wiem, że odpowiadając używał często słowa "powinieneś". Przed wejściem na wydział, kiepuję w najbliższej popielniczce i wchodząc do środka, pokazuje ręką dziekanaty, mówiąc że muszę lecieć. Po drodze prawie biorę darmową Rzeczpospolitą, ale w ostatnim momencie rezygnuję. I tak nigdy nie piszą o NBA.
Pod dziekanatem nie ma kolejki. Właściwie jest zamknięty. Pukam kilka razy. Wreszcie ktoś się lituje i otwiera. Jak dobrze, że to nie ta kurwa od pierwszego roku. Biorę kartę egzaminacyjna i spierdalam. Wchodzę jeszcze do kibla i rozpinam rozporek nad pisuarem - emsześćdziesiatkiszóstki są pod tym względem zajebiste – w największym zamroczeniu nie będziesz miał z tym najmniejszego kłopotu. Nigdy nie sikam w środkowy. Mam zasady. Wychodząc mijam bez słowa wczorajszego egzaminatora i rozglądając się uważnie, żeby nie natknąć się na promotora, wychodzę na zewnątrz. Palę trzeciego. Te studia kiedyś mnie wykończą.
Zaczyna padać śnieg. Zakładam czapkę na głowę. Może wreszcie wszystko przysypie , chociaż na kilka dni, bo jeszcze chwila i pękną mi oczy, jak „w Kutnie na dworcu w nocy”. W alejce mijam koleżankę z liceum. W tej historii udajemy, że się nie znamy. Skręcam do biblioteki. Kiepuję. Zostawiam kurtkę i plecak w szatni, biorę numerek i idę na górę. Z baru na dole dobiega mnie zapach zapiekanki. Nic jeszcze nie jadłem. Kursuję miedzy półkami bez większej idei. Mijam starych znajomych. Ellisa od "laskojadów" i kolesia od "Jak będziesz w Cody Wyoming zapytaj o Dzikiego Boba."; Capote'a od wszystkiego innego. Biorę kilka niemieckich albumów ze zdjęciami Nowego Yorku z czasów prohibicji i „Miriam”, którą wreszcie zastaje na swoim miejscu. Chciałem zajebać skurwiela, który ja tyle przetrzymał. Siadam w czytelni. Jest kilka osób, większość to szmule. Wszyscy są w trakcie sesji, pochyleni nad podręcznikami albo notatkami. Czytam pierwsze opowiadanie. Jest mistrzowskie. Jak zwykle. Opowiada o kolesiu skupującym hurtowo sny. Najgenialniejsze pomysły zawsze były proste. Myślę przez chwilę o tym, że chyba każdy geniusz musi być Żydem albo ciotą. Urodziłem się za późno. Z brakami. Geniusze. Każdy z nich już umarł, a jeśli jeszcze żyją tworzą takie rzeczy, że sam byłbym gotów ich wyprawić do pozostałych. Myślałem o tym poważniej słuchając ostatniej płyty emsi cartneja.
Gdzieś w środku albumu, przy zdjęciu galerii Tiffany & Co przy piątej Avenue, z zamyślenia wyrywa mnie bibliotekarka. Chwytając za ramię tłumaczy, że będą zamykać. Sprzed oczu wyobraźni uciekają mi oczy Marilyn. Marilyn, którą wszyscy mieliśmy.
Na zawnątrz jest już ciemno. Dochodzi dziewiąta. Uzbrajam się w czapkę i lewą rękawiczkę. Nałóg przypomina o sobie, dlatego nie wkładam prawej. I tak są nie do pary. Ustawiam tracklistę i wychodzę. Startuję od Electric Relaxation. Miasto wydaje się spokojniejsze. W autobusach można załapać się nawet na siedzące. Jeśli nie mam nic do załatwienia, wychodzę tylko wieczorami, w dzień najczęściej nie znajduje w sobie tyle siły. Spojrzenia ludzi mówią "Nie mam czasu" i jedynie ja chodzę od miejsca do miejsca bez większego celu. Nie wygram z nimi. Wieczory są spokojniejsze. Wiesz, ci, którzy "nie mają czasu", siedzą teraz przed telewizorami czekając na jutro, a ja mogę chodzić od miejsca do miejsca stawiając stopy blisko siebie, niepotrzebnie nie wydłużać kroku, skupiać się muzyce i zachłystywać się oddechem miasta. Gagarina, Reja, Bydgoską gdzie w Biedronce za mną zamykają drzwi. Ochroniarz patrzy mi na ręcę. Jak zwykle. Kupuje dwa Kenigery za dokładnie odliczone dwa pięćdziesiąt osiem i chowam je do plecaka. Jak zwykle. Pierdolę ekologiczne torby. Podobno na bydgoskiej najłatwiej zebrać wpierdol, ale od pięciu lat chodzę tu i między blokami na Rubinkowie nocą i jedyny wpierdol jaki zebrałem, wywołałem sam na Juwenaliach, dziesięć metrów od policyjnej Octavii.
Przypominam sobie ten kawałek Świetlickiego i jestem skłonny powtórzyć za nim "To miasto nigdy nie będzie moje''. To miasto Bogusia Lindy, Aleksandra Wolszczana i tego grafomana Janusza Leona, że nie wspomnę o nazwisku. Chyba już żadne miasto nie będzie moje. Kiedykolwiek. Z Chopina wchodzę na szeroką. Załapuje się jeszcze na pomidorową z makaronem w barze mlecznym "Małgośka" i sypiąc bilon na ladę zamawiam jeszcze herbatę. Czas zatrzymał się tutaj na początku lat dziewięćdziesiątych, wyszczerbione talerze PSS Społem, stemplowane nierdzewne łyżki i widelce, czasem aluminiowe. Nawet koleś w rogu jest ubrany w stylu metala - Titus z Acid drinkers z okresu Dirty Money Dirty Tricks. Na nogach ma klasyczne Robinsy z wywleczonymi jęzorami. Gdzie on je dorwał? Kończę kolejne ostatnie opowiadanie z "Miriam" uśmiechając się do siebie. Dopijam herbatę i wychodzę. Będą zamykać.
Lubicką idę jakieś czterdzieści minut zanim jestem przed klatką. Przez całą drogę zdążyłem skończyć „Best of” Doorsów. W oknie nie pali się światło. Jest koło jedenastej. Okazuje się, ze nikogo nie ma. Siadam na brzegu wersalki, odbezpieczając kenigera. Dopijając, otwieram szeroko okno i wychylając się wypalam ostatniego. Nad blokami wyczytuje niebieska poświatę. Zamykam okno i sam włączam telewizor, skacząc po śnieżących kanałach. Czterech. Jedynka, dwójka, polsat i prawie tvn. Gaszę. Widocznie sam chuj nocuje w tym telewizorze. Otwieram ostatnie piwopodobne piwo, wyciągając się w nie zmienianej od kilku miesięcy pościeli. Przez chwile myślę o Bukowskim. Skurwiel napisał dziesiątki kawałków o piciu portwajnu do lustra, waleniu konia i wycieraniu go później w prześcieradło. Wszystkie były o samotności. Jeszcze raz wracam do myśli o geniuszach. Zasypiam. Sen przywiewa mi obrazy z podstawówki. Mam czternaście lat i kolejne solo po lekcjach. Moje ciosy dochodzą, ale żadne nie ma jakiejkolwiek nocy. Czuje bezsilność. Kiedy się budzę, cały blok ogarnia noc. Uderzam pięścią w ścianę. Jest cicho. Na budziku czytam godzinę.
Jest trochę po trzeciej, a minuty płyną wolno.
"Tak jak kiedyś młodość."

___________________
The Fashion - Like Knives

17 stycznia 2009

butelka Wild Turkey
rewolwer w szufladzie
wiatrak pod sufitem
żaluzje
niedopałek cygara
prochowiec na wieszaku
i
pismo od komornika
obowiązkowo

kobieta
klasa
pewny krok dłuuugich nóg
przeciwsłoneczne okulary nisko na nosie
oceniające spojrzenie.
zawsze musi być piękna
tajemnicza
i
w kapeluszu.

ostatecznie i tak okaże się dziwką.

8 stycznia 2009

U Krystyny

U Krystyny wszystko było jasne.
Jasne kosztowało 2,50, a lighty po 0,50 groszy każdy. Jasne było z Białorusi, a lighty z Ukrainy. Jasne jak sierpniowa noc, nie? Ale nikt sie nie skarżył, szczególnie, że wódka w innych melinach potrafi kosztować życie, a u Krystyny - uwierz! - niezmiennie 14 polskich nowych. Była sprzedawana w zakorkowanych gazetą butelkach po Tymbarku; dlaczego to już dłuższa historia. Każdy Krystynę znał, każdy szanował, wiedział gdzie to jest? co to jest? i za ile?

- pierdolone święta. - burknął bekiem Zdzichu, gładząc się po wydętym brzuchu.
- pierdolone... - powtórzył za Zdzichem od niechcenia Dzidek. Sprawiał wrażenie jakby kosztowało go to całą dzienną energię.
- a pani, pani Krysiu, też anty święta?
Krystyna kończyła właśnie napełniać kufel z kija i wywracając wzrok, postawiła go na przed nimi na blacie z taką siłą, że aż dziwne, że nie pękł w podstawie.
- dobrze, już dobrze pani kierowniczko! - Zdzichu machnął przepraszająco do Krystyny wycierającej wierzchem nadgarstka piane z lewego oka i odwrócił sie z powrotem.
- wyżej sra jak dupę ma - szepnął profesorskim tonem, do wycierającego jednorazówką blat Dzidka.
- wyżej sra... - nagle zatrzymał sie w pół jakby niemrawo, orientując sie co i przed kim zamierzał powtórzyć...
- no, no, no... - mruczał patrząc przepraszająco w stronę Krystyny za barem...
- co jest tobie też popuściła szpary? - krzyknął na całą salę. Był pijany. Na trzeźwo w życiu by sie tak nie odezwał. Bał sie Krystyny - jak wszyscy z resztą - bo w końcu to ona zarządzała zeszytem rozłożeń płatnych w ratach. Dzidek przez dłuższą chwilę wraz całą klientelą wpatrywał się w niego wzrokiem a'la Eastwood. Wszystko ucichło. Zdzich chwycił piwo i odszedł w stronę stolików, chcąc usiąść przy ostatnim niezajętym. Nie zdążył, zarobił centralna fangę i wyłożył sie jak długi na parkiet, licząc gwiazdy. Wyrzucono go "społem". Po chwili wrócił z czerwieniącym sie powoli okiem i krzyknął coś niezrozumiałego w drzwiach. Wyleciał z ryjem obitym jeszcze mocniej - tak jak w "300" Millera - armia na skinienie palca gotowa zginać. W tym przypadku nawet bez skinienia. Najśmieszniejsze, że mógł to być każdy z nich, nie przeszkadzało im to jednak jeszcze raz wyrzucić go przy wtórze dorozumianej aklamacji.
Krystyna jednak miała to wszystko w dupie. Przynajmniej udawała. Nawet nie spojrzała.

Po pięciu minutach wszystko działo się podobnie.

Nad drzwiami wisiał dzwonek. W takie dni praktycznie nie miał wolnego. Co chwila wchodzili "gracze", potem następni i następni, inni wychodzili regularnie upuścić zalegający mocz pod pobliskie balkony. Cyrkulacja powietrza była niezachwiana, w środku nie zdążyło się nawet zastać. Było i tak zimno. Pomieszczenie ogrzewał jedynie nieszczelny, gazowy piecyk, którego smrodem, po kilkunastu minutach przesiąkało całe ubranie. Smrodem, który nie zawsze chciał schodzić po pierwszym praniu.
Wszedł Roman, a właściwie wypełnił sobą to miejsce. Był potężny. Ubrany w kraciastą kurtkę z kożuchem wokół szyi i czapkę z nausznikami. Wyglądał jak drwal z Alaski. Kurtka podkreślała krepą budowę ciała i szerokie bary, a za duże rękawiczki, wydłużały optycznie jego ręce do kolan, nadając mu groteskowa, małpia sylwetkę. Co było najcharakterystyczniejsze to wyjątkowo pucułowate policzki - jakby cały czas miał usta pełne kluchów - przez co wszyscy wołali na niego Corleone.
Od wejścia pokazuje palcami, że zamawia dwa, Krystyna zawsze się upewnia, kiedy jest już przy barze, bo Roman 15 lat przepracował lokalnym tartaku i po prawdzie miał juz tylko te wspomniane wcześniej dwa palce. Kciuk i serdeczny, ze świeżym śladem po zdjętej obrączce.
- dwa tak?
- uhmm - /Uhmm było tym co najczęściej padało w tym miejscu. Przebijało z górą nawet klasyczne "kurwa". "Jeszcze raz?" - "Uhmm". "To samo?" - "Uhmm". "Kurwa znowu się puściła?" - "Uhmm". "Na zeszyt?" - "Uhmm" ... Ok, tutaj trzeba było być rentownym. Nie każdy mógł tak uhmmować przed Krystyną./
Krystyna odkapslowała butelkę i postawiła na serwetce przed nim. Nie zdążyła postawić drugiego, a ostatnim co zostało z pierwszego była piana, która wycierał rękawem z ust.
- jak święta w Corleone? - zapytała z autentyczną troską. Była to jedna z nielicznych osób które lubiła.Roman nie wiedział specjalnie co odpowiedzieć zakreślił ręką koło w powietrzu i wydął bezradnie policzki, uwydatniając je jeszcze bardziej /jeżeli było to w ogóle możliwe/
- jak to święta... - odpowiadając w końcu - kolorowo - dodał, po chwili reflektując się że mogło to zabrzmieć zbyt na odpierdol
- mój spił się już przed wigilią, rozwalił pół zastawy ustawiając na stole... myślałam ze skurwiela uduszę... jak kolorowo to chyba dobrze...
- niezupełnie - roztarł zimne policzki, przysuwając się w stronę piecyka - wracałem z roboty. klasycznie. zielono, żółto, czerwono, a potem już tylko niebiesko.
- ile?
- niecały promil... - odpowiedział, powstrzymując pięścią nadchodzący bek po piwie. Krystyna poklepała go współczująco po ramieniu i odeszła dalej nalewać.
Zebrała się już spora kolejka, odliczająca właśnie grosz od grosza. Widać było, że sporo im brakuje
- Władek! - powiedział jeden z nich - Zrób tak, żeby było dobrze! - i wypchnął jednego z nich w kierunku spodziewającej się zaraz padnących słów Krystyny za barem.
Pewnie, że najlepiej jak jest dobrze.

Stolik w cieniu, koło zbierającego kurz fikusa jest zawsze zajęty. Zwykle przez Mariana, odwróconego do wszystkich plecami. Marian ajkejej Śmieć-Men. Jedyne czego nienawidził to pastwienia się nad oparami z dna. Potrafił powtórzyć to po kilka razy w ciągu dnia. Był strasznym nudziarzem, nikt go nie lubił... Chyba, że jego matka dostała akurat rente. Podchodził właśnie do lady. Z kieszeni udało mu się wysupłać na prawie całe piwo. Niewiele brakowało.
- 40 groszy Antek. - zwrócił się błagalnym tonem.
- spierdalaj - uciął Antek i odwrócił się z powrotem do baru
- Romuś - tu już bez większej nadziei.
- nalej mu - powiedział Roman, patrząc na cycki Krystyny.
- życie mi ratujesz - wykrztusił, prawie płacząc ze wzruszenia - jestem twoim dłużnikiem.
- ale bierz to i spierdalaj - dodał Roman, kiedy zobaczył jak ten zaczynał rozsiadać się obok niego. Wszyscy mieli tu podstawowe instynkty. Wyczuwali gdy ktoś był przy sianie, jak krwawiącą zwierzynę, dosłowniej - jak rekiny krew.
- skurwysyny ... - westchnął Corleone... kiedy spojrzał na swoje podbite oko w lustrze za barem. Jego twarz była niemniej szorstka, niż głos - przypominała papier ścierny.
Wszyscy to skurwysyny. Nie inaczej.

W tivi nadali wiadomości. Krystyna podbiła dźwięk. Po menelni rozeszło się buczenie i pojedyncze dźwięki około-werbalnego protestu. Na ekranie pojawił sie kolejny polityk, z czerwoną twarzą i tętniącą żyłą na szyi. Krystyna lubiła wiedzieć "Co się dzieje w wielkim świecie?" oglądała co wieczór wiadomości i czytała gazety wygrzebane przez Mariana ze śmietników. Jako jedyna tutaj glosowała. Jako jedyna wiedziała co to kohabitacja i impiczment, ale jej życie niewiele różniło się poza tym od życia kogokolwiek komu kiedykolwiek odkapslowała albo od czasu do czasu dodatkowo wzbogaciła piwo. Bo u Krystyny wszystko było jasne, ale kiedy wracała do domu nocą nic już takie nie było.

Wtedy chyba dopiłem piwo i wyszedłem. Polityki - widzisz - nienawidzę, bardziej niż kurew.

_____________

"Don't Try!".

25 grudnia 2008

'44

To było wyjątkowo upalne lato; mimo końcówki ostatniej dekady września nie zamierzało ustąpić. Słońce niestrudzenie rozlewało się po strapionych elewacjach budynków, osmolonych gzymsach i wyszczerbionych zabytkowych zwornikach, krzesząc z nich ostatnie tchnienie przemijającego piękna, pomagając stać się jaśniejszymi i choć mniej zimnymi. Ulica była pusta i ogłuszona szarym popiołem, otulającym ją niby kobiercem śniegu - równie dobrze mogła być cmentarną aleją. Spalony - teraz popielaty - tramwaj, leżący przy dawnej aptece był tym samym, którym jeździł do gimnazjum na Myśliwieckiej. W pustych oczach błyskała myśl o tym, że kiedy wracał z niego do domu w maju ‘39, przy wtórze szumu śliwowicy w głowie, po zdanej maturze - przeżywał “tą” najszczęśliwszą chwilę. Nienaturalnie nagie drzewa, jakby ciągle w oszołomieniu, zdawały się kierować rachityczne, poranione konary ku niebu, przywodząc na myśl sylwetki skupionych pątników. Wygięte w absurdalnych pozach uliczne latarnie, pochylone ku zachodowi, kłaniały się niezbyt wdzięcznie przejeżdżającym z rzadka szarym, benzynowym ciężarówkom wiozącym żołnierzy w dwuczęściowych maskach przeciw gazowych, burząc zastałe skupienie. Powietrze było parne, ubranie kleiło się do skóry niczym gaza. Już Od jakiegoś tygodnia jasno było przez całą dobę, łuny ognia trawiły kolejne dzielnice, niebezpiecznie zbliżając się do ich przyczółka. Wszystko przesiąkło spalenizną zachłannego dymu, coraz częstsze spazmy dopadały ich płuca. W prawej kieszeni na piersi nosił jeszcze zeszłotygodniowy przydział Phillip Morrisów ze zrzutów, zastanawiając się czy kiedykolwiek nabierze jeszcze na nie ochoty. Nie odwrócił się, by spojrzeć na buchający ogień, zaczynający trawić kolejny budynek - oczy bolały go od nadmiaru światła. Właściwie ten blask nad horyzontem w innych okolicznościach mógłby wydać się zdumiewającym - zdeformowany nieustannymi bombardowaniami, tracący powoli pierwotny kształt, budynek Prudentialu ciągle mógł budzić zachwyt, a niewyobrażalny żar zniekształcający widok na dalsze dzielnice, deformował obraz jak krzywe zwierciadła luster, w niewyobrażalnej skali. W innych okolicznościach, ale nie w cieniu godziny “W”.

____

Czata 49. Po przebiciu do śródmieścia, została ich tylko garstka. Zbudowali barykadę w ślepej uliczce na Wilczej, z zamiarem bronienia się do końca. Nie minęły dwa dni, kiedy Goliat rozbił ich oddział. Próbowali oczywiście przestrzelić kabel, ale po kilkunastu strzałach zabrakło im amunicji, a zaporowy ogień Niemców uniemożliwił im jakąkolwiek drogę ucieczki. Eksplozje przeżyło tylko dwóch. Nazwijmy ich “M” i “P”. Po zakończeniu walk ukryli się w wieży starego kościoła na Chmielnej.

____

Obmacał kieszenie w nadziei znalezienia resztki niedojedzonych sucharów. Najpierw bluzę, potem spodnie. Nic nie znajdując, chwycił za brezentowy chlebak i po chwili z wymownym uśmiechem wygrzebał z niego puszkę zakonserwowanego, ciemnego chleba. Był twardy, ale jeszcze świeży. Macając dno torby, wyczuł ponad to walające się po nim dwa kawałki żelaza. Jeden z nich okazał się wystrzelonym pociskiem Mausera.
- Co ty ze sobą targasz? Jak dziecko!
- To jeszcze z początków powstania… Pamiątka po jednym “gołębiarzu”.
- I Co z nim?
- Zagubiony pocisk. Zniknął z całą kondygnacją.
- Nooo…- A to? -/pokazał mu obracając powoli miedzy palcami kawałek żelaza z ostrymi końcami/
- Odłamek. Granat na Woli. Niedługo przed przebiciem do Śródmieścia -/podwinął lewy rękaw Tarnjacke pokazując okazałą bliznę na przedramieniu , wyraźnie do końca jeszcze nie zagojoną/ - Na szczęście -/powiedział zdejmując odłamek z jego dłoni i i chowając z powrotem do chlebaka./
- Wiesz. Dobrze, że pancernym nie dostałeś, bo mógłbyś nie udźwignąć. -/powiedział pod koniec nie mogąc już powstrzymać się od wybuchu spazmatycznego śmiechu. Ten przyłączył się zaraz po nim. /

16.XII.08

Dj Shadow - Blood on the Motorway

©

Postawiła bosą stopę na rdzawo brązowej mekacie, kupionej zeszłego roku w Maroku, kiedy to zauroczona wyszytą ręcznym ściegiem złotych nici, sceną przedstawiającą oazę Nomadów z okresu, gdy stopy Mahometa stemplowały jeszcze spalone słońcem, wschodnie ziemie, stwierdziła, że jest tak unikalną, iż - jak później relacjonowała - jakiekolwiek inny kobierzec można nazwać w konfrontacji z nim, co najwyżej fastrygą. Szelest jej szyfonowej sukni, w miętowym odcieniu, zdawał się być reminiscencją brzmienia przeczesanego jesienią drzewostanu kasztanowca poddanego niejednostajnemu, jakby pozbawionemu zdecydowania oddechu wiatru, szum ten w przeciwieństwie do niego wydawał się być nieco bardziej stłumiony, gładki i niósł z sobą rysy hipnotyzującej eteryczności. Chwytając za poły sukni i niosąc ją zadartą do góry, ominęła niezauważenie mężczyznę siedzącego do niej tyłem, który w zabytkowym fotelu obitym w jasno zielonkawy welur, w skupieniu studiował dodatek dziennika z doniesieniami giełdowymi. Pod sufitem unosił się gęsty, zawiesisty dym wypływający z rozżażonego cygara między jego palcami, z których jeden uzbrojony był w złoty sygnet z wygrawerowanymi gotyckim pismem inicjałami. Mimo zamknięcia za sobą drzwi gabinetu, próbowała rozrzedzić drażniące powietrze wachlarzem z kości słoniowej. Odkąd udało jej się przezwyciężyć koklusz, przywiedziony za sobą z Afryki, tytoniowy dym irytował ją coraz mocniej. Siadając przy sekretarzyku, zdążyła skinieniem palca przywołać majordoma, który bez słowa podszedł do niej z kieliszkiem wermutu na tacy. Spojrzała na jego wyżłobioną czasem twarz o hebanowym odcieniu. Twarz, do której dawno się przyzwyczaiła i być może, dlatego tak rzadko się w niej przeglądała. Na swój sposób mogłaby być piękną gdyby nie oczy, które celowały przed siebie, były całkowicie przezroczyste, bez jakiegokolwiek wyrazu, stracenie puste. Dziękując mu odesłała go z powrotem tym samym gestem, którym go przywołała. Zamoczyła pióro w kałamarzu i zaczęła: “Postawiła bosą stopę na rdzawo brązowej mekacie…”
Lubiła swoje życie.

6.XII.08

Aesop Rock - None Shall Pass
Wierzył w zbyt wiele, ale to sztuka niechcenia go zniszczyła.
Miał jedna z tych twarzy, które podprogowo budzą irytacje i automatyczny brak sympatii, niektórzy noszą takie piętno. Nie można się go pozbyć.
Któregoś dnia na spacerze spuścił psa ze smyczy, stwierdzając, że każdy jest stworzony by być wolnym. Od tego czasu zawsze już był sam.
Któregoś wieczoru znudzony somnambulicznym skakaniem z kanału na kanał, wyszedł z domu, mając zamiar iść po prostu przed siebie, spotkać ludzi, znaleźć miłość, uchwycić sens.
Tak zwykle zaczynały się filmy drogi.

La Passión

Podmuch orzeźwiającego scirocco roztańczył plisy jej czarno - białej sukienki z żorżety, uwydatniając smukłość sylwetki. Zachęcająca woń popołudniowego, letniego powietrza Barcelony otuliła całe pomieszczenie, rozmywając przyjemny, lecz już lekko nazbyt intensywny zapach terpenyny, zastępując go aromatem pyłków rozkwitających o tej porze korkowych dębów, które tak licznie i wdzięcznie porosły róg ulic Passeig de Grácia i Provença.
Pilár zmrużyła oczy rozkoszując się przyjemną monotonią gwaru ulicy, przepełnionego tętętem podkutych , końskich kopyt i rozpływającym się w górującym nad nimi popiskiwaniu rybitw, nawoływań ulicznych sprzedawców cytrusów. Jej twarz z wolna zastygała, uwydatniając kredowy odcień jej cery, sprawiającej wrażenie całkowicie niedostępnej dla jakiegokolwiek promienia słońca. Była to jedna z tych twarzy, która mimo łagodności rysów, nosiła w sobie cień niedostępnej nikomu tajemnicy.
Ramón odetchnął, była to sekwencja tych kilku chwil, dzięki którym mógł bezwstydnie ślizgać się wzrokiem po jej ciele. Mimo, że pracował nad jej portretem od kilku dni, jego zwyczajną śmiałość, burzyła bezpośredniość jej naturalnej, europejskiej sensualności, nienoszącej w sobie jakiegokolwiek śladu wyuzdania.
Przyjmował podobne zlecenia od kilku miesięcy, kiedy to mimo dobrych recenzji jego ostatni wernisaż , przyniósł finansową porażkę. Nie był w stanie pogodzić się z myślą, iż impresjonizm - czy jak go wolał nazywać w swoim przypadku: postimpresjonizm - odszedł bezpowrotnie w kierunku annałów historii, za zasłoną braku emocji. Nie mógł na równi konkurować z będącymi na fali Miró czy pracami kubistów, ale też zaciekle trzymał się myśli, że wielki artysta - a za takiego sie uważał - jest ponadczasowy i to on tworzy trendy. Przez ostatnich kilka miesięcy jednak zdążył pożegnać się z tym pomysłem. Zdecydował się powrócić do zdecydowanie łatwiejszej, minimalistycznej kreski, żywych kolorów i prostszych form, taka sztuka, może i nie była w nurcie awangardy, ale zawsze pozostanie ponadczasową i co najważniejsze - wypłacalną.
Pilár z zamyślenia wyrwało mlaśnięcie pszczoły, która rozbiła się o szybę, przecinając smużką niepokoju zastałą ciszę. Otwierając oczy, uchwyciła wzrok Ramóna, który przepełniony zmieszaniem skrył się automatycznie za ścianę płótna, niczym dziecko, któremu przetrącono ręce w momencie, kiedy sięgał po coś zakazanego w jego wieku. Uśmiechnęła się do siebie, tuląc podbródek do piersi i zakładając nogę na nogę, schyliła się ku stolikowi z kutego żelaza i chwyciła nóżkę kieliszka z martini, kołysząc nim delikatnie dookoła, by trunek zwilżył suche ścianki naczynia. Refleks słońca odbitego w jego rancie, błysnął po hebanowym blacie, na którym stał tylko kandelabr i i ołowiana, kubańska popielniczka z trzema niedopałkami ze śladami rubinowej szminki na ustniku.
- Seniór. - wydobyła z suchych ust, natychmiast zwilżając je resztką martini. - Jest pan przecież profesjonalistą. - dodała rozgryzając ostatnią oliwkę z wykałaczki, patrząc mu w oczy.

21.XI.08

The Ecstasy Of Saint Theresa - Fluidum

Is this darkness in you, too?

Po ulicach ściga mnie cień tego miasta. Po karku smaga mnie jego nerwowy oddech. Jest przerażająco chłodny. Czasem wydaje mi się, ze nigdy od niego nie ucieknę. Znam każdy jego centymetr, ulice, bramy, ślepe zaułki. Nie nosi w sobie jakiejkolwiek tajemnicy. Nigdzie nie jest tak samo, ale gdzie indziej też chyba nie ma żadnej różnicy. Wszędzie spotykam te same tynki, ten sam chłód, tych samych meneli. Każdy z nich ma tę sama opowieść, Każdy z nich był znajomym Himilsbacha i Riedla, za każdego z nich płacze ta sama wódka. Różnice to tylko uwagi na marginesach, wszystkie spisane czerwonym długopisem, bo momentami trudno je odczytać. Wszędzie ludzie zadają te same pytania i wszędzie mają takie same odpowiedzi.
Popycham okulary do nasady nosa, chociaż wolałbym widzieć mniej ostrości. Trudno w to uwierzyć ale czasem wierze w jakieś ukryte znaczenie w tym wszystkim, są czasem takie dni; pół tonu jaśniejsze. Jak u Morrisona - dzień przeciw dniu, noc przeciw nocy, obroża przeciw pchłom. Gubię sens. Odbieram sprzeczne sygnały. Mijam kościoły, czasem myślę, że świat istnieje tylko dlatego, że Bóg ma jeszcze resztki sił podtrzymywać z nami rozmowę i powoli zaczyna dojrzewać w nas fantomy, które łudzą się, ze trzymają świat za jaja.
Gaszę peta o podeszwę, spluwam resztkami oskrzeli na asfalt i ruszam dalej. Gonią mnie infradźwięki formy, braku pomysłów, chęć rzucenia wszystkiego na lepsze czasy. Wiesz: nie mój cyrk nie moje małpy, ale póki co…

06.XI.08

And if you don’t like it I dare you to get excited

Otwórz właz i zejdź stopień po stopniu w otchłań pierwszego zdania reszty mojego życia. Into Default City.
Tunel już jest, ale światła jeszcze nie ma, wiesz przecież, że “gdy duch słabnie, pojawia się forma”. Poprzednie posty pokryły się jej patyną i jak wszytko inne skończyły sie na “Kill’em all”. Pieprzyć to.
Rozejrzyj się po budynkach zbudowanych z fraz i interpunkcji. Pierwszorzędne rzeczy z drugiej ręki czy drugorzędny asortyment z pierwszej? Bez obaw, do tego jeszcze dojdziemy.
Default City to właśnie ten stan ducha, jak Nowy Jork Allena, jak Gotham w uniwersum DC. So welcome to Goddamned City, wytrzyj pot z czoła i przejdź kilka przecznic dalej; bez ciśnień, najwyżej po paru postach zawrócisz.
I nie pękaj, to miasto też ma swojego superbohatera.

26.X.08

7 listopada 2008

Here we come, straight from the slums

Ostatni raz spotkałem ją na tym rogu. To była jedno z tych części tego miasta , które nigdy nie śpi. Wiesz, to jest jedna z tych historii, które relacjonujesz stosując metodę cut'n'paste. Nigdy nie ma jednej prawdy, choć poza wszystkim istnieje tylko ona. Zobaczyłem ją zza zaparowanej szyby taksówki. Była w obcisłych dżinsach i rozciągniętym swetrze. Krzyknąłem do faceta za kółkiem, informując go, że wysiadam. Mimo, że znaliśmy się tylko 10,80$, czułem do niego podprogową sympatię. Jego twarz pokrywała chropowata swojska cera, przez która pewnie nie lubił być fotografowany i miał miły zwyczaj nie atakowania pasażerów niepotrzebnymi zdaniami. Zapłaciłem mu dwudziestką i wyszedłem bez słowa. To była ostatnia rzecz jaką pamiętam...

________

We wzburzeniu wypominam sobie brak papierosów, akurat teraz musiałem je rzucić. Spluwam krwią na asfalt, pozostawiając go niewzruszonym, skurwiel chyba widział już wszystko; nie przestając przeklinać losu chowam ręce w kieszeni i ruszam w kierunku jądra nocy, studząc drżenie rąk zabawą kluczem. Miasto nigdy nie śpi. Jest czymś więcej niż spółdzielnią potrzaskanych marzeń, ale czymś mniej niż snem. Jakiekolwiek apoteozy miejsc były dla mnie zawsze czymś żałosnym. To tylko preferencje. Beton i asfalt zawsze zostanie tylko betonem i asfaltem, bez nadbudowy, bez nadziei, wiary, pieniędzy i miłości... bez miłości.




/z pasterskim pozdrowieniem/

29 sierpnia 2008

Skupił się w mapie popękanych naczyń gałek ocznych odbitych w zaparowanym szkle lustra. Zmęczony, zsiniały,... Wypluty. Wykastrowany ostatnim tygodniem, pełnym Jim Beam'a, koksu i dziewczyn na skinienie palca. Sława przyszła nagle, wraz z ciężkim hajsem za serie reklamówek w tivi, zabierając więcej niż 15 minut z życia. Warhol sie mylił.
Przez ramię zauważył nagą dziewczynę, wyraźnie o połowę młodszą, ze sklejonymi potem włosami. Budziła się widocznie od kilku minut, wracając z tripu, w który mogła wyruszyć najwcześniej wczoraj.
Starał sobie przypomnieć wczorajszy wieczór, który zaserwował mu pulsujący ból głowy. Widocznie kolejny dzień wliczył w koszta.
W dowodzie ma Henryk Zając i zasłynął panczlajnem "od 20 lat naprawiam pralki".

The Verve - [Fourth # 02] Love is noise

21 sierpnia 2008

Czekałem na piętnastkę, myśląc o katakumbach Kaum asz-Szukafa, kiedy pojawił sie ten facet. Z marszu zapytał mnie o to czy 47 latek może mieć dzieci, by zaraz zadać pytanie o datę bitwy pod Grunwaldem. Na samym końcu doszedł do "Czym jest człowiek" ?

A tak w ogóle, mnie zatkało.

27 lipca 2008

Zaciągam się brzmieniem twoich lędźwi jak dymem najdroższego Cohiba. Jesteś moim "wszystko", kiedy dotykam twoich łopatek tańcząc w oparach antresoli. Choruję na ciebie od zawsze, ścierając pot z czoła i studząc rozkasłane przyzwyczajenia. Chowam w kieszeni pamięci na wieczne nieoddanie. I Belong To You. Czytałem Cię z pamięci, kiedy jeszcze Cię nie było.
Twoja cipka smakuje dzisiaj nieskończonością.

13 lipca 2008

QWERTYUIOPASDFGHJKLZXCVBNM.

Wszystko już było.

3 lipca 2008

yo, sit back, relax and smell the roses

Coraz więcej palę.
Odkasłuje rzężącymi oskrzelami w sam środek płóciennej chusteczki.
Dalej palę.
Potrzebuje więcej czasu by zasnąć.
Palę.
Coraz częściej spotykam ją.
Palimy.
Anorektyczna sylwetka, szpilki od Prady i spory kawałek platyny na nadgarstku. Wrażenie odwrotnie proporcjonalne do mojego przenicowanego garnituru.
One Track Mind.
Rozumiesz?
Rzuciliśmy palenie, ale mimo to coraz częściej odwiedzamy cmentarze.

17 maja 2008

Come to where the cancer is

Zapałką przypalam szwajcarską edycję Marlboro. Czytam w chmurze dymu rozlewającego sie po suficie jak stłuczona szklanka z niedokończonym, najdroższym drinkiem, pozostawiając cię z uczuciem niedosytu. Czuje piasek miedzy palcami. Ludzie często zwykli mówić, że ulatuje z nich życie; moje ulatuje czasem po 30 razy dziennie. Podobno każdy z Marlboro Man'ów zmarł na to samo co Steve McQueen, z tą jedynie różnicą, że szyld Marlboro brzmi nieco lepiej niż Viceroy. Podobno ostatnim tchnieniem Bogart wykrztusił: I should never have switched from Scotch to Martinis. Ale mnie zawsze ciekawiło, co było później?
Następnego odpalam od Firefoxa. Wikipedia brzmi złowrogo przed wizytą u pulmonologa z trzema rentgenami w ręku. /.../ Dwudziestego zapalam dopiero po wizycie. I wiesz? Wydaje mi się, że po tej śmierci, jego cygaro po prostu spadło na pościel. 'Little Differences', tyle, że ja narazie tylko pretenduje.
Życie bywa zabawne. Jezus o tym mówił.

Marlboro Theme

12 maja 2008

"My mother had an abortion for the wrong child."

5 maja 2008

Arm-in-arm down Burgundy, a bottle and my friends and me. New Orleans, I'll be there.

Szedł pod rękę z burbonem Bulwarem zachodzącego słońca, o wschodzie, kiedy mewy popiskują w takt basowego szumu morskiej bryzy, tworząc doskonałą harmonie spływającą z małżowin do bębenków. -,-,-,-,-, ... jak monotonia sklejająca powieki zbyt mocnym światłem słońca. Przebudził się nieco wcześniej niż zwykle, nieco wcześniej niż zwykle odwiedził też Liquor Store; nieco wcześniej niż zwykle w takich przypadkach stwierdził, że nie może żyć bez burbonu. Miał jeszcze ją. Wcześniej podobno był jeszcze Old Smuggler.

/- Nie masz pieniędzy, wyrzucili cię ze szkoły, nie masz pracy, ...
- mam ciebie...
- ... ale ja nie mam nic.../

------NIC--------


unconditional love? weź to wypluj!

with love, peace & empathy
"Ten, Który Nigdy Nie Żył'
/nie mylić z Żebrowskim!/

Michael Cera And Ellen Page - [Juno OST #19] Anyone Else But You
Nasze riffy się zdezaktualizowały.
Natalie Portman przestała przychodzić na nasze koncerty.
Spinal Tap - Alternative Story.

Podobno na mieście liczą się już tylko oni.
Ich; potrójna platyna ze ściągnieć z hołpejdżu,
Madison Square Garden, nieletnie groupies, ...
Meet: Spinal Tap - The Same old Story.

Scarlett Johansson - [ Anywhere I Lay My Head #03] Falling Down

28 kwietnia 2008

Chodzi po nas bruk. Gryzą nas andruty.
Rozpływamy się im w ustach,
nasłuchując okiem,
leżącym odwróconym krzyżem.
Słyszysz?
Jesteśmy najbardziej stajlisz,
od czasów łazanek z kompotem;
Bo kiedy mówiłem o Bogu,
paznokcie obgryzły ci zęby,

/ciągniesz teraz nieziemsko,
kiedy zamykam licznik na 190./

2Tall Presents Dudley Perkins & Georgia Anne Muldrow - [Beautiful Mindz #05] A Beautiful Mind

25 kwietnia 2008

I can't stop. I want not.

Mauricio i Maria leżą na jedwabnej czerwonej pościeli. Mauricio głaszcze ją po udzie. Są zmęczeni. Ona przytula się do niego i patrząc w nieokresloną dal mówi półgłosem:

Maria: Chcę, żeby zawsze juz tak było, obiecaj, ze będzie...
Mauricio: Obiecuję.
Maria: Wiedz że już wszystko ci wybaczyłam... te wszystkie zdrady... Francheska, Luiza, mój ojciec, Facundo Arana... Nie chcę żeby cokolwiek nas juz podzieliło.

Zaciemnienie.
Kamera się oddala.
W tle Piosenka Natalii Oreiro.

Koniec odcinka 32145 i ostatniego.

***

Porucznik Zubrzycki próbował pod płaszczem zapalić Carmena. Czterdziestego tego wieczoru. Spojrzał przeciągle na radziecki zegarek. Zbliżała sie 22, za chwile na terenie całego miasta miała zacząć się godzina milicyjna. Żar papierosa pulsował tempem stroboskopu, przed chwilą wraz z kapitanem MO z sąsiedniej komendy ujęli najgłośniejszego burżuja na Pradze.

"Lt Zubrzycki's Lonely Hearts Band Club"

... Powieść milicyjna właśnie umarła.

___

"Yo yo, it's the R to the, double-O to the, T-S an' yo"
"Hey you listeners, stop what you're doin and set it in motion, it's the next movement"

Legendary Roots Crew- Rising Down /Ale mogło być lepiej nie?/

21 kwietnia 2008

Think Twice Haiku

Komara można zabić tylko z zimną krwią.

19 kwietnia 2008

Założył stanik na lewą stronę.
Wreszcie odkrył w sobie mężczyznę.

18 kwietnia 2008

When Someone Great is Gone

Nie był typem intelektualisty, chyba częściej niż biblie czytał złote mysli na popękanych kafelkach wucetów. Podobno gdzieś pracował, ale trudno powiedzieć gdzie. Po godzinach kupował pierwsze edycje niskonakładowych singli puszczanych na rynek. Podobno miał tego całą piwnicę. Mówił, że kolekcjonuje przyszłą fortunę. Nie przestał nawet wtedy kiedy okazało się, że po dziesięciu latach są warte najwyżej jedną dziesiątą tego co na nie wydał. Załamał się dopiero kiedy przeczytał w National Georafic, że kompakty rozkładają po 25 latach. Przestał kupować single i przestał kupować National Geografic.
Jego dziewczyna - chyba Natalia - była tlenioną blondynką, średnio ładną i średnio zadbaną, na pierwszy rzut oka wyglądała na kogoś kto na pulpicie może mieć tapetę z Maćkiem Zakościelnym, prowadzi fan bloga Kryminalnych i słucha radia Eska w winampie, ale w bliższym kontakcie sprawiała wrażenie nawet inteligentnej, podobno miała za sobą całego Kunderę i otarła się o licencjat z administracji. Kiedy odeszła wywietrzył tylko pokój, zebrał jej włosy z grzebienia i odkapslował ciepłego lagera.
Jego buty miały chyba wbudowany szperacz gówien. Wybierały je czasem z dokładnością dziesięciu trafień na dziesięć. Z początku ogarniały go eksplozje wkurwienia, ale później doszedł chyba do wniosku, że na pewne rzeczy nie ma się wpływu i przestał nawet zwracać na to uwagę, jak na przekręcone nazwisko w gazecie.
Wszystkie jego rozmowy o prace kończyły się dyplomatycznym, znaczącym tyle co pasożytujące na jego podeszwach psie gówna: "Zadzwonimy do pana". Odbierał brzmienia słów, pomijanie wartości znaczeń i kontekstów, wychodził zatrzaskując za soba drzwi - spokojnie - jakby zgniatał wpijającego się w szyję komara.

Odtwarzał szczęście w spauzowanej stopklatce myśli. Skadrowane i uczesane przez czas, jak miejsce dorastania. Żył jak każdy: między przed chwila i zaraz. Pośród śniegów i pustych przestrzeni, przygwożdżony trzydziestoletnim gwoździem teraz. W zardzewiałym klimacie, zaszczepiony na tężec.

Dzisiaj przyszedł czas pożegnań. Spoczywaj w spokoju przyjacielu.

... because, what's the difference?

LCD Soundsystem - [Someone Great #01] Someone Great

17 kwietnia 2008

Wczoraj > wejdź do "Edytuj" > "Kasuj"...
Tak. Skasuj Taubule Rase.

16 kwietnia 2008

Wchłonęła ją sofa. Wchłonął kineskop telewizora. Wchłonęła podpaska. I filtr papierosa.

Do końca wierzyła w Carpe Diem.

9 kwietnia 2008

Enough

Kiedyś kradliśmy razem jabłka i biegaliśmy po piwnicach. Był kimś na podwórku. Jak dziś pamiętam jak zajebał z gruszki w łeb księdzu chodzącemu po kolędzie, jak spuszczał wpierdol starszym od siebie o kilka lat, w ogóle nie pamiętam żeby ktokolwiek inny niż on w historii tego osiedla robił za Crockett'a, jak biegaliśmy miedzy trzepakami jako Policjanci z Miami, Tabsem mógł być w końcu pierwszy lepszy frajer, Crockett'em nigdy. Zazdrościłem mu wszystkiego. Rządził osiedlem do końca podstawówki, wtedy jego starego przenieśli do innego miasta. Nawet nie pamiętam kto wprowadził sie zamiast niego.

Spotkałem go kilka lat później przypadkowo wpadając na niego na plaży. Było pusto, on z rękami w kieszeniach i głową schowaną głęboko w ramionach stał i tępo patrzył przed siebie licząc w myślach kilometry do granicy horyzontu. Powietrze było ostre, naelektryzowane do granic możliwości, każdy kolejny haust powietrza przypominał połykanie kolczastego drutu. Mówił coś o tym co się działo, przez te wszystkie lata, że trafił gdzieś tam, że skończył jakiś mało prestiżowy kierunek, że szuka roboty. Po spuszczonym wzroku zorientowałem się, że był człowiekiem któremu nie wyszło. Przestałem słuchać... z resztą to było nieważne... patrzyłem tylko w jego ziemistą, przeźroczystą twarz... wyrażała tyle emocji co pęknięta szyba.

Próbowałem wyobrazić sobie jego życie. Zobaczyłem tylko powycinane z telewizyjnych gazet kobiety przypięte pinezkami do ściany nad łóżkiem. Wpatrywał się w nie jak Barton Fink w plażową pocztówkę szukając jakiejś enigmatycznej podpowiedzi. Wszystkie były więcej niż idealne, jakby ktoś je sprofilował pod jego percepcje estetyki. Spędzone z nimi godziny dawały iluzje bliskości, pozwalały wierzyć w jakieś nieokreślone "może kiedyś". Wiedział o nich wszystko. Najbardziej jednak to, że nigdy nie będą jego.

To był jeden z tych wieczorów kiedy gasząc światło przed snem nie powiedziałem sobie: "Spieprzyłeś to stary".

________

Rozmarzona17 wklepała w klawiaturę feerie pochlebstw na swój temat.
MarianoItaliano wpisał tylko: 10''.

6 kwietnia 2008

'cause sleep is the cousin of death

Wczoraj odkryłem się w nocy.
Zacząłem mówić przez sen.
Prawdę.

Przepraszam.

_______________

W nocy nie śpię; nie potrafię uciec od myśli; szczególnie cierpiąc na bezsenność. Słyszałeś sentymentalne historie o melodii oddechu miasta za oknem? To mit. Nie słyszę nic tylko Ciebie. Uszy wypluwają membrany, nienawidzą muzyki, reagują jak żołądek bulimiczki: nie chcą. Ja chcę, bo słyszałem wiele razy nic, ciebie, ciszę, podarte kartki zdań, odbijające się od siebie - jak koraliki w zasłonie drzwi - własne słowa, porzucone ambicje, echa obojętności. Podobno pamięć zawsze wraca. Podobno... tylko dlaczego nie spotykam na mieście przekrwionych oczu?

5 kwietnia 2008

Dobrze, że twoja mama nie wie o tym co leci pod naszą kołdrą w prime timie.

3 kwietnia 2008

All of a sudden I've lost my way out of this city

Kiedy Frank zatopił usta w cytrynie, by oswoić moc Tequili, słońce sięgnęło zenitu. Miał w zwyczaju oceniać wszystko kilka centymetrów tytoniu później. Z tego miasta nie można było uciec, było jak kamień w bucie, właściwie pozwalało ci na wszystko, tyle że na krótka metę.

Skupił wzrok na Ali siedzącej w otwartych drzwiach czerwonego Eldorado '77. Oblepiona pustynnym pyłem rysowała patykiem w piasku. Nie zdawał sobie sprawy, że poznał ją kilka lat wcześniej na kredowym pictorialu znalezionym w szufladzie ojca.

Skończył papierosa i przepłukał ostatni raz usta Tequilą. W słońcu musiało być ponad i jeszcze trochę. Zaskoczony serią strzałów, nie zdążył już wstać, ani upaść. Ostanie przedśmiertne życzenie wyślizgnęło się z bezwładnej ręki tocząc sie kilkanaście centymetrów po ziemi i wsiąkało w nią powoli, znikając w jej odchłani jak wszyscy inni bezimienni i nierentowni dłużnicy z Las Vegas, poznając znaczenie "zawsze".

28 marca 2008

Dostał zaproszenie. RSVP.
Centrum Sztuki Nowoczesnej, Performance, godz. 18.
Starsza siostra powiedziała : "Sztuka. Ty nie zrozumiesz".
Miała racje.
Nie zrozumiał.

__________

Może i był pod pantoflem... ale przynajmniej od Prady.

27 marca 2008

Anti /any/ concept.

Kobieta o przyjemnym głosie/podoba jej się Krzysztof Ibisz i nowy singiel Lombardu/ , wbita w /fotel? krzesło?/ za biurkiem kadr, pytającym wzrokiem patrzy na Krystynę /w dowodzie 21 lat, ładna; kruczo-czarne długie włosy, kredowa cera i smukła sylwetka/ zza wodoodpornej maskary. Ta odpowiada, że została tylko /aż/ wezwana i , że nie wie też w jakiej sprawie. Twarz kadrowej rozciąga się wstęgą uśmiechu odsłaniającego trzy pary górnych i trzonowych /przypomniała sobie/; wyciąga jednocześnie teczkę personalną Krystyny spod szklanki z parującą kawą.
- Pani Krysiu... Nie wiem jak to pani powiedzieć... - /Krystyna wie/. - Rozumiem. - ucina sucho, siląc sie na kurtuazyjny ton. Chwyta teczkę nachylając sie nad biurkiem, czuje zażenowanie, zapach kawy i pot z czoła kadrowej. - Przepraszam za kłopot... - dodaje praktycznie szeptem otwierając energicznie drzwi referatu. Słyszy jeszcze ułamek zdania zza pleców... - Nie... nie... żade...
Warszawa o tej porze pachnie spalinami /jak o każdej innej/ i kojącym wicherkiem /Jezu! Jak to pedalsko brzmi./ znamionującym coraz szybszy krok nadchodzącego lata. Krystyna nie pali, więc nie ma zamiaru palić tez teraz, łapie taksówkę /biały polonez "akwarium''/ i każe wieźć się na Nowy Świat.

Na kolanach ma teczkę /białą, wiązaną/: życiorys, przebieg kariery i coś co kiedyś nazywało się pochodzeniem. Krystyna pochodzi z inteligenckiej rodziny. Jej /zmarły/ ojciec posiadacz przedwojennej matury i były wykładowca materializmu dialektycznego /WSNS przy KC/w fazie wiecznej habilitacji; w latach przełomu handluje /Jarmark Europa/ packami na muchy, wagonami Marlboro /bez ostrzeżenia o raku/ i cielistymi rajstopami. W 1993 umiera raka płuc /azbestowe dachówki/, śmierć zastaje go spełniającego najwyższej potrzeby czynność fizjologiczną, zastygłe oczy zamierają na ilustrowanym artykule archiwizującym światowy rekord stosunków seksualnych w ciągu jednej nocy, wydrukowany w aktualnym numerze Trybuny.
Matka /idealistka/ ukończyła kurs szwaczek, dobrowolnie rezygnując z kariery naukowej, zatrudniła sią /umowa na czas nieokreślony/ w Warszawskich Zakładach Włókienniczych im. Oskara Lange, gdzie pracowała na półtora etatu /134% normy/ do momentu rozwiązania fabryki przez prywatnego inwestora w 1990. Pół roku później umiera na pylice.
Rodzeństwa i bliskiej rodziny: brak.

Kamienica przy nowym świecie nosi krzyż swoich mieszkańców, widać to na pierwszy rzut oka. Szczególnym stygmatem tego budynku jest mieszkanie z aluminiową szóstką, przybitą do drzwi skorodowanym gwoździem. Krystyna stoi właśnie przed tymi drzwiami. Nie jest pewna czy ktoś za nimi aktualnie przebywa. Stoi w miejscu niecierpliwie przestępując z nogi na nogę, z obcasa na czubek szpilki, z dołu słychać pracujący silnik taksówki. Naciska na dzwonek, ale ten okazuje sie nie działać; puka. Pierwsza seria pozostaje bezowocna, tak jak druga i trzecia. Próbuje szperać reflektorem oka obraz mieszkania przez judasza, w środku wyraźnie ktoś jest, słyszy oddech tego kogoś, wyczuwa różnicę temperatur... mimo to nie decyduje się na czwartą porcje werbli.
- Chuj ci w dupę... - ucina na odchodne. W środku ktoś wyraźnie zmusza się przed powstrzymaniem sie od riposty.

Taksówkarz /ma około 25 lat, sztruksowe spodnie, i flanelową koszulę w kratę/ za ostatnie pieniądze Krystyny wiezie ją na Północną Pragę. Do ostatniej osoby, którą w tym mieście jeszcze zna. Taksówkarz patrzy we wsteczne lusterko /na którym dynda Gordon Shamway/; oczy Krystyny opuchły pod ciężarem dyskretnych łez
- Coś się stało... Może mogę Pani w czymś pomóc... - pyta nieśmiało.
- Może pan... Może pan podgłosić radio /prośba albo pytanie, trudno stwierdzić/.
- /lekki uśmiech/
- Coś pana śmieszy? - /podniosły ton/
- Nie, nie ... tylko to nie radio, tylko...
- Nieważne.
- No właśnie...
- Co właś... /Krystyna kojarzy styl w jakim ubrany jest taksówkarz z "In bloom" sączącym się nieśmiało przez głośnik /mono/, chce być błyskotliwa, ale orientuje się, że są już na miejscu./

Jest w mieście od około roku. Uciekając /z rodzinną kolekcją biżuterii/ od śmiertelnie chorego ojca, azbestu i narzeczonego /oficjalne zaręczyny z ubitym świniakiem i goudą/, ucięła bezpowrotnie pępowinę własnego strachu przed dorosłością, z drugiej strony wiedziała, że nie może wrócić... Ojciec handlując weekendami na stadionie dowiedział się przypadkiem o adresie Krystyny, razem z narzeczonym napisali szeroko zakrojoną epistołę, opisując ile to razy narzeczony pomaca ją widłami pod żebrami/technik rolnictwa/ jeśli kiedykolwiek tutaj się jeszcze pojawi.

Praga północ. Godziny popołudniowe. Ulica tokarska. Mieszkanie /M3/ nr 7. Marian siedzi na wersalce owinięty w ręcznik i papierosowy dym. W telewizji /dwójka/ Wojciech Pijanowski /"Magda, pocałuj pana."/ Pukanie do drzwi /trzy razy/ zrywa go w kierunku klamki. Przez krótki łańcuch orientuje się kto to.

Po zdjęciu łańcucha, Krystyna siedzi z Marianem na starej, niemiłosiernie skrzypiącej wersalce, pijąc wódkę z musztardówek. Obiecują sobie, że po raz ostatni są między niczym, a niczym jeszcze.

Kilka dni później Krystyna ubrana w jedwabna nocna koszulę /różowa/ nagrywa wraz Marianem /ubranym tylko w czarne skarpety/ kasetę z mocnym tytułem /czy to ważne jakim?/. Polski desant do Niemiec zachodnich. Trzy miesiące później, Krystyna teraz z nowym pseudonimem /Purple Haze/ zdobywa w L.A. AVN Awards za debiut roku. Kilka kolejnych miesięcy później bije rekord świata i kilka dni później dowiaduje sie o śmierci ojca.
Tworzy historię.

You Can't Stop the Prophet jak powiadał Jeru.

The XXX-Files

The EOST - [Samotari OST #20] For That Moment

25 marca 2008

W tym samym pionie, pod czwórką mieszkał Stefan. Stefan aka prozaiczna historia: kiedyś miał żonę i dziecko i jak sie domyślasz później nie miał nawet na fryzjera. Stefan całe dnie przekopywał śmietniki szukając starych gazet, tygodników i reklam supermarketów. Wracał późnym wieczorem z posegregowaną, dzienną kolekcją w kartonie po Pall Mall'ach. Czasem myślę, że szukał wczoraj, odtwarzał je godzina po godzinie, dzień po dniu, ... taka dziwna gałąź archeologii.
Wychodziliśmy rano o wspólnym czasie. On do wykopalisk, ja różnie.
Podałem mu kiedyś ognia do szluga przed klatką, patrząc w brązowe oczy.
Tyle razy chciałem zapytać...

Podobno umarł krótko po tym jak sie wyprowadziliśmy.
Nie wiem co się stało z dziełem jego życia.

"To nie jest zła śmierć" - podpowiedziałem ślinie katapultowanej z ust w kieruknu chodnika, wrzucając wczoraj do kubła tygodniki z ostatniego kwartału.

24 marca 2008

Trysk, Tryper i Trymestr. Tryptyk w trymiga.


Odłączyłem telefon, połknąłem klucz i múm'em wyciszyłem mieszkanie .Z popuszczonym paskiem i papierosem między górną trójką i zębem mądrości myśle o nominacji do Nike w okolicach 2067.


"I'm sleeping later and waking later
I'm eating less and thinking more."

21 marca 2008

Praga.

Kroki na zgliszczach przedwojennej polski, na pocie załóg barykad ustawionych ze spalonych w nalotach tramwajów i na pawiach&urynie książąt rządzącymi pobliską bramą. Strzałki rysowane na tynkach rozłupaną cegłówką prowadzą do podchodów, ponumerowane kwadraty na chodnikowych płytach do gry w klasy, ich kroki wzdłuż trzepaka i wiszących jak nietoperze plujących dzieciaków. Mrużąc powiekę obok kaplicy, z nim pod ramię. Gotowa na wszystko. W konstelacji trójkąta: On-Ona-Wersalka.

With a Little Help from Bret Easton Ellis

Jim nosił się zawsze na czarno-biało. Biała góra, czarny dół; czarno-biały ogląd świata: albo, albo. Chyba wtorki... - tak zwykle były to wtorki - spędzał w parkach. Inhalował jesienne odpryski późnego lata, rozdeptywał bezbronne kasztany, ale najczęściej zarażał filigranowe laskojady ogólnym gudlukiem - jak Pat Bateman - butami od Roberto Cavalli i płaszczem Armaniego. Rozdeptywał Camela, specjalnie zwracając uwagę mijającej go dziewczyny (ponieważ kobiety nie mogły przechodzić obok niego obojętnie); podchodził do niej i od niechcenia wyciągał ramię, a one bez słowa brały go pod nie. Bez ułamka sylaby, bez zbędnego gestu. Odbicie twarzy w przeciwsłonecznych szkłach od Yves Saint Laurent, w każdej napotkanej mogło wywołać poczucie niższości. Przyznasz?

***

Śnieg za polem okna opadał poetycko w zwolnionym tempie, zupełnie jak w dzień samobójstwa Sylvii Plath. Obudził się po zaplanowanej, pięciogodzinnej dawce snu i czekając na opadnięcie porannej erekcji błądził wzrokiem po ścianach, zatrzymując się na odbiciu w wielkiej tafli lustra zajmującej całą powierzchnie sufitu. Zdarzało mu się myśleć, o sobie: "bezcenny", zupełnie jak o Stonehenge czy o pierwszym wydaniu Kapitana Ameryki. Dzisiaj właśnie był taki dzień.

***

Miasto leżało u jego stóp, skupione tylko na nim. Pewnym krokiem wszedł do kawiarni, ale muzyka sie nie zatrzymała, ludzie nie przerwali rozmów, nadal ucinali feeryczne polifonie odbieraniem połączeń, tramwaj z numerem bocznym 14, nie zadzwonił na część, a kelnerka przyszła dopiero po 15 minutach, oblewając mu spodnie gorącą Kopi Luwak po sto Waszyngtonów za filiżankę. Kiedy podkurwiony zawijał wokół głowy szalik od Gucci'ego, zauważył na porannym wydaniu NY Times'a datę. Wszystko okazało się jasne. Spuścił wzrok, unikając spojrzenia na laskojada z tacą, na której na koszt firmy błyskawicznie zaparzono kolejne 100 MG i ulotnił się tylnym wyjściem. Czuł, że trajektorie spojrzeń wszystkich obecnych skupiły się na jego plecach. W rzeczywistości nikt nawet niczego nie zauważył.

19 marca 2008

'Cause it's a bittersweet symphony this life

Wychodząc z klatki wcisnął play w ajpodzie. Wybrał "Bittersweet Symphony". Wczuł sie w kawałek.Idąc miał wyjebane na wszystkich, chciał poczuć się jak Ashcroft w clipie.

Zebrał wpierdol już na pierwszym rogu.

17 marca 2008

Saying Goodbye

Spotkałem ją kilka lat później. Miała nieobecne oczy. Widzieliśmy się jeszcze kilka razy. Ostatnio miesiąc temu. Czasem nie mogę przypomnieć sobie jej twarzy. Widzę ją bez niej. Nie ma koloru, jest przezroczysta. Jej szyja straciła smak; wraz z nią papierosy, wiosna i wszystko inne, tyle, że wszystko inne nic nie znaczy. Pachniała stalą jak stare tramwaje, aż skrzypiały mi zęby kiedy czułem jej zimno na języku. Stałem przed nią bezradny, nagi, choć prasowałem dłonią połę zmiętej marynarki. Próbowałem słuchać, ale nie udało mi się przechwycić niczego poza szumem wiatru bijącego w liście drzew. Kiedyś siedzielibyśmy plecami oparci o sosnę wyrastającą z wydm i obserwowali odpływające na północ przejrzyste kumulusy, dzisiaj twoje ręce nie są już naszymi rękami, dzieli nas ostateczność i chłód marmuru. "Zawsze" oznacza "nigdy".

The Ecstasy of Saint Theresa - [Slowthinking #12] Sensor

16 marca 2008

Anarchy on the Pillow

Nazwij to jak chcesz, ale czasem czuje się jak w hermetycznych okładkach przewodnika po świecie pisanego językiem młodszego brata Gilberta Greap'a, spuszczając bystrym nurtem toaletowej wody wyziewy namacalnego życia - tą chlorowaną przez miejskie wodociągi. Tonąc między tarczą puchu i świeżo krochmalonych prześcieradeł, zamieniając koła ratunkowe i telefony do przyjaciela dla ampułki nerwosolu. Szukaj mnie na 18 stronie lokalnego dziennika, w dziale "zgubiono". Kiedy odwrócisz wzrok znowu trzęsą mi się ręce.

12 marca 2008

Shit.

Kelnerka miała na sobie czarną, zmechaconą bluzkę z i przymała miniówkę w tym samym kolorze, podkreślającą lekkie odstępstwo od regulaminowej masy całkowitej ustalanej w każdym numerze Cosmo. Z ledwo zauważalną ulgą schowała się za barem. Wydawało jej sie, że indywidua schowane za ampułkami nikotyny miedzy wargami i wpatrujące się w kufle z musującą pre-uryną w poszukiwaniu drugiego dna, skupione są tylko na jej dupie.

6 marca 2008

Out of ...

Ścisnęła św. Judę wiszącego na jej szyi od czasów pierwszej komunii. Babka zawsze twierdziła, że jest beznadziejna i wyrośnie na kurwę, wiec wybór patrona mógł być tylko jeden. Delikatne palce zbielały na kostkach. Kilka godzin wcześniej dwa razy z rzędu, ciążowe testery zarumieniły sie czerwienią. Była sama, ulice o tej godzinie nie mogły nie być puste. Szła z dłońmi schowanymi pod pachami niezwracając uwagi na kałuże. Szum w głowie kusił ją do rzucenia się pod najbliższą furgonetkę, a wspomnienie twarzy babki uruchamiało jeszcze bardziej ekstremalne propozycje. Za chwile miało zrobić się jasno, świt miał odsłonić odrapane gzymsy kamienicy i zdobiące ścianę "Anka S. to kurwa!" wyżłobione szkolną kredą. W ciemności okna drgała firanka doświadczana przez oddech miasta, babka musiała spać. Nie musiała myśleć, to samo przyszło: "A więc tak wygląda życie toczone siłą rozpędu. Kiedy wdepniesz w gówno w Paryżu widzisz w tym transcendencje... Kiedy wdepniesz w nie tutaj, tkwisz w nim już do końca."

3 marca 2008

Impresja w oparach kaszanki... gówno.

Mówią że każdy dzień to postęp, ale każdy wita cię tym samym parciem na pęcherz.

... a przychodnie ciągle śmierdzą formaliną. Tak wczoraj jak i dziś. Wmurowani w ogrodowe krzesła, odwróceni od siebie, jakby na obu stronach barykady... tylko czego i czego? Pani o twarzy jamnika twierdzi, że koniec kolejki jest nieco dalej. Jest obrażona. Tak jak wszyscy, oprócz szmuli w śnieżnych, oldschoolowych adidasach. Ale ona nie widziała, stawiała emotikon w miejsce przecinka. Stawiam wszystko, że kiedyś byli tacy jak my. Może i kilka rzeczy poszło do przodu: są Camele zamiast Carmenów i Muesli w miejsce serka homogenizowanego, ale reszta po staremu. Jesteś tym kim byłem. Będziesz tym kim jestem. C'nie?

Za szybą wyłapałem: "NADCHODZI KONIEC" pisane nerwowym tagiem. Ostatni raz tagowałem w piaskownicy, palcem serdecznym, serdecznie, serce przeszyte strzałą. Dla Niej. Tak, pamiętam to jak dziś: wtedy nauczyła mnie, że trzeba liczyć się z faktami.

Facet przy przegubie czyta "Lewiatana" w oryginale,
... chyba naprawdę nadchodzi. F'Real.

Björk - [MTV Unplugged #10] Atlantic

2 marca 2008

Blue, Yellow & Purple Pills

Dezynwolturą miażdży mnie na wykrochmalonej poszewce pierwszego razu. Na bekgrałndzie ugoru frenetycznie przytakuje skinieniem knykci. Zaborcza ale pandemoniczna. Inkrustujemy zaraz, chwilę później wszystko inne. Pielgrzymka do wieczornej werandy z papierowyami lampionami. Lemoniada ze słomką. Czkam wraz ze skrzypiącymi deskami podestu. Pokaż pępek, pokaż wszystko. "Pójdź ze mną, a ludzie niech mówią dalej." W międzyczasie ktoś za nas wymyśli Astérix'a, zraszacz trawników i performance... ktoś inny podrapie się po głowie. My przyjdziemy na gotowe.

Calm - [Anti-Smiles #07] Depression 200Mg

1 marca 2008

Intonation of perception.

Kastaniety nierówno podały tempo habanery.Rondo panamy w tym świetle, spycha jego wzrok na dalszy plan. Nieważne. Stolik przy, którym usiedli, krył się w stłumionym odcieniu zmierzchu Santiago de Cuba. Plecione krzesło miało styl kolonialny, a kreolska kelnerka wypisane na twarzy, "za pięć minut na zapleczu" z podtytułem "pięćset". Miał i pięćset i pięć minut, ale ten czas wolał poświęcić Cuba Libre. Tak.
To słowo miało przeciąć prędkość dźwięku. Zawisnąć nad nią jak górne C.
Nadmorskie powietrze klei się do skóry, ale wobec zmysłów jest bezradne. Musiała wiedzieć... ale on musiał być pewien:
- Odgarnij włosy z ucha. Metodycznie, zmysłowo i półprzejrzyście. Jak wtedy.
- Tak?
Zatrzymał sie na chwilę. Spojrzał w stronę zatoki, skąd słońce za moment miało uciec z domu na cała noc. Miał to na końcu języka. Kiedy przechylił letnią szklankę w kierunku spragnionych warg, ona zrozumiała, że tym czymś była kostka lodu. Tylko dla niego. Aż dla niej.

Cannibal Ox - [The Cold Vein #08] The F-Word

13 lutego 2008

... and the shame was on the other side!

A tak w ogóle to zapomnij i przymierz moje piszczele, moje kompakty i zeszłoroczny katar. Nie zmieniaj kanału… przecież to Naomi Watts. Nie! Daj spokój… i tak „Mulholland Drive” zawsze oglądam z zamkniętymi oczami. Nie! Volume zostaw w spokoju, bo skorygowane jęczenie przypomina niemieckie porno z zarostem u obu płci, a to zakłóca szybowanie. Tak właśnie o to chodziło…

11 lutego 2008

I Used to Love H.E.R.

Urodziłem się w kręgu światła 100 watowej żarówki, rzucanego przez metalową, biurową lampę, prawie jak chłopiec z blaszanym bębenkiem. Między chrzęstem tęperowanego HB, a monochromatycznością bieli liniowanego papieru, między kanapką z szykną zawiniętą w celofan, a piórem Parkera; płynąc od morskiej zieleni twoich oczu, przez chaotyczny kurz wypełniający strugę światła do końcóweczki ołówka: moich żylastych rąk, nieproporcjonalnych uszu i wypranych oczu, z tłem zdjętym ze sztalug twojej wyobraźni narzuconym moim siatkówkom. Począłem się po twojemu, wykluczyłaś sinusoidy naszych nagich ciał, skręconych rozkoszą wspólnego spazmu, powietrza przesiąkniętego twoim cudownym zepsuciem unoszącego się nad ugniecioną trawą, założyłaś knebel naszemu niezdarnemu zakochaniu, barierę posuwistemu zapuszczaniu korzeni, karmieniu się twoimi ustami, kapaniu się w może i półprzejrzystym, może i trójwymiarowym, ale wciąż jutrze, naszym jutrze. Odcięłaś się od przyszłości swoim niedecydowaniem, manewrując zaborczym nadgarstkiem nad taflą A4, brukając swoje własne oczekiwania. Może wiedziałem o tym, może to tylko Deja Vu, wiesz ten pieprzony błąd Matrixa, ale powinienem wiedzieć, że miłość przyciąga nienawiść, tak jak żarówka przywołuje ćmy, a ściana sosnowego lasu wyrastająca z pustej przestrzeni rozbudza irracjonalną mżawkę strachu. Nie zapomnę cię nawet wtedy kiedy zdeletujesz mnie równomiernym zimnem tarcia gumki i wrzuceniem papieru w otchłań liżących płomieni niebytu zapomnienia. Twoja skóra ciągle będzie brązowa, ciągle będzie pachniała orzechami, a moje zramolałe palce ciągle będą sie po niej ślizgać tą samą trajektoria co zawsze. Uśmierzymy nasze pretensjonalne apetyty, telepiące się myśli i zwichnięte zachcianki, tym jednym słowem, które dla mnie nigdy nie przestało istnieć i wierz mi: to jest coś więcej niż siła inercji.

Mogwai - [4 Satin EP #01] Superheroes of BMX

The Apocalypse is cancelled. Until I sad so.

Wybacz, że nie zapukałem, ale nie po to stworzono gładkolufowego Mossberga. Tak wiem... Też mam czasem ludzkie odruchy: wczoraj np. wypełniłem kupon lotto... Spójrz na tę kurwe! Jest jak posąg w rozkroku, zawsze gotowa do zlizania jak landrynka, aż rezonuje w lędźwiach. Komasuje twój szept w arteriach wrzącej krwi. Odlicza twoje pierdolone Benjaminy. Tylko spójrz na jej oczy, zielone! Coś ci to kurwa mówi!? No, nieważne. To nie o to chodzi. Kochanie, to tylko jedno słowo... Jedno słowo za dużo... bo wiesz przy mojej furze batmobil to wóz drabiniasty, a Challenger Kowalskiego to zamulasta kabaryna. Uspokój się, trzeba było być cicho wcześniej, kiedy powiedziałem, że do mojego samochodu mam stosunek seksualny!

4 lutego 2008

Beginning of Nothing

Captain America 1941 - 2007.
Batman 1939 - 2008.
Świat się kończy...
Kurwa!

27 stycznia 2008

Living Legend

Marmurowy taras dźwigał wycieraczkę z napisem "WELCOME", żeby wejść do Lois trzeba zawsze było ściągnąć buty zanim stąpnąłeś po mleczym, ręcznie plecionym dywanie. Psychoterapeuta doradził Supermanowi jakieś hobby:
- Może kolekcja broni... - mówił.
- Pan raczy żartować... - odpowiedział "S", pełen oburzenia.
- Przepraszam, to była tylko... taka luźna myśl... Więc może samochody? Nie? Motocykle? Nie? Muzyka? Też nie? Biblioznawstwo? Tak... ? Też nie? ...
Propozycje trwały do końca opłaconej sesji. Stanęło w końcu na szydełkowaniu. W jodełkę. Od tej pory w domu "S" i Lois trzeba było zakładać kapcie na płóciennej podeszwie.

Lois spała, na wielkiej tafli łóżka. Pokój wypełniał nocny, chłodny wiatr wlewający się za mną zza tarasowych niezasuniętych drzwi. Tuliła sie do poduszki, w tej historii była blondynką. Blask jej włosów rozświetlał pokój imitacją światła księżyca. Miała twarz trzydziestoletniej Nicole Kidman - zawsze twierdziłem, że Lois nie może być taka średniawa jak w ekranizacjach. Nie myliłem się.
Leżała na brzuchu, prawe kolano zadarte do góry, jedwab, którym była przykryta, szczelnie oblewa jej idealną sylwetkę, stłumiona muzyka, tło staje się rozmazane, najazd kamery, w lewym rogu łóżka w tempie lekkiego wiatru faluje jedwab. Budzi się. Idealnie uczesane włosy, idealny makijaż, idealny odcień szminki, lekko rozwarte usta - jakby chciała coś powiedzieć, jakby cały czas musiała oblizywać spierzchnięte usta.
- Czekałam.

Supermen jest już tylko legendą... - pomyślałem, jednak z lekką nutą smutku. Pamiętam jak raz zdjął mojego kota z drzewa, kiedy miałem cztery lata. Oddał mi kota i uśmiechając sie pogłaskał mnie po głowie i dał ćwierć-dolarowkę na ciągutki. Wtedy był naszym bohaterem; później pojawili się inni: Billy zdradził go na rzecz Green-Lantern, a Karolina zakochała się w tym skurwielu z Gotham. Nigdy nie zamieniłem żadnego komiksu z nim na cokolwiek. A teraz lecimy nad Metropolis. Lois stawia kroki w chmurach, znacząc je pomnikowym pięknem. Lecimy nocą. Mertopolis nigdy nie śpi, więc i ja nie moge pozwolić sobie na chwile odpoczynku. Ktoś musi czuwać nad epitafium "S". Sam poprosił mnie o to kiedy Lois złożyła mu pozew o rozwód. Teraz lata nad Moskwą, zawsze chciał sie nauczyć rosyjskiego, to ma i teraz okazje, z reszta to miasto jak żadne inne go potrzebuje, a teraz możesz tam zostawić otwartego Bugatti Veyrona i iść do burdelu za rogiem. Nikt go nie ruszy. Taki żuczek!
- Był zbyt idealny. Brakowało mu tej niezbędnej dawki skurwysyństwa we krwi. Sex... nie chciał... No wiesz! Później, nie chciał oglądać filmów Tarantino. Ostatnimi czasy stał się wegetarianinem, bo ostatnio miał akcje nad Roswell i zobaczył pastwisko pełne martwego bydła, ba rozważał nawet czy nie iść do chrztu, a w Metropolis to największa chyba głupota... no bo, po co mu chrzest w alternatywnym świecie komiksu gdzie Boga skreślono z obsady. Przecież sam "S" jest tutaj jakby bogiem; no bo kto w końcu znajduje się w końcowych napisach na szczycie in order of apparance?
- Rozumiem. - odpowiedziałem. Chociaż nie chciałem rozumieć. Nie chciałem widzieć idola mojej młodości cerującego na taborecie w kuchni skarpety, nie chciałem go znać jako męża. Chciałem zachować w pamięci obraz zwycięstwa na Doomsdayem, uratowania świata po raz milion sześćsetny...

Orleańskie Disco Polo na polifonicznym dzwonku wyrwało mnie z Metropolis z powrotem do Gotham. Tak to ja jestem tym skurwysynem, z najlepszymi zabawkami i batmobilem, który nigdy nie złapie kapcia. Jestem tylko sajdkickiem. To "S" jest legendą. Żyjącą legendą.
A Lois... Lois jest jak sen, który ciągle powraca. Chcesz, żeby zmienił sie w rzeczywistość, ale kiedy wreszcie dostajesz go w prezencie. Okazuje się fejkiem. Z resztą, była... jest przecież Karolina...


"In loving memory ..."

26 stycznia 2008

"Leg dein Ohr auf die Schiene der Geschichte"

Były i takie przejścia.
Spotkania po latach.
Rozmowy.

Polak-Rusek-i-Niemiec;
wygrał kapsel z plasteliną ulepioną w kształt flagi Albanii;
KC+KM=LOWE;
Fajnie byłoby posiedzieć w tym Fordzie pod balkonem,
bo metalowe huśtafki, som za zimnem.
Tata obiecał, że kupi mi Wigry,
a mama, że po pracy wstąpi do wypożyczalni;
VanDamme, Norris, Seagal i Dudikoff na video,
a widziałeś Rambo?... A Predatora?... To co ty wiesz!
Wieczorem zagramy w kwadraty.
Kto ma pompkę do piłki na osiedlu?
Widziałeś w sklepie koło siedemupa stoi w czerwonej puszce kola z ameryki?
No co idziesz do mnie?

Klucz zawieszony na szyi.
Na różowej sznurówce.
Po klatce schodowej rozchodzi się zapach gulaszu.
W przedpokoju drzwi od pokoju starszego brata z plakatami Kreatora i Def Lepard przebijające się przez nieprzezroczystą szybę.
Jest starszy ma motorynkę rometa, kilka numerów "Twojego Weekendu", zagraniczne kasety nagrane na niskoszumowy Stilon Gorzów.
Pokój.
Obok siebie plakaty Rambo, Jeep Wrangler, New Kids On The Block i Bruce Lee z policzkiem podrapanym przez smoka.
Styropianowe statki i Lego Technic.
Thriller i Kriss Kross z serii Bravo.
Pierwszy Kazik, którego pokochaliśmy od pierwszego "kurwa" w drugiej piosence.
Zeszyt z samochodami z gumy Turbo.
Naklejki z Druzyną A na kasetowym Grundigu Made In Poland.
Piórnik z zakochanym kundlem.
Długo zapalający się ruski telewizor:
BartSimpson na jedynce,
Charles Barkley na dwójce,
na satelicie:
Alf rozbił się na garazu Tannenów,
Gliniarz i Prokurator z buldogiem,
Starsky i Hutch,
McGyver,
Airwolf
i
Knight Rider.
W reklamach Mathbox,
Transformersy,
He Man
i
Mr. T.

Rano mleczko w tubce,
wieczorem bajka i Policjanci z Majami.

Wszyscy zmarli.

Pete Philly & Perquisite - [Mindstate #15] Amazed

24 stycznia 2008

Kobiety nigdy sie nie wieszają. Tną ścięgna nadgarstków, wdychają gaz z kuchenki, połykają dziesiątki barbituranów, ale nigdy sie nie wieszają.

***

Miłość
Z Wikipedii
Skocz do: nawigacji, szukaj

Joy Division - [7" Love Will Tear Us Apart #01] Love Will Tear Us Apart

18 stycznia 2008

Palec Prousta

Spaliłem palec Prousta. Wskazujący. Odpaliłem go od wolnostojącej, gazowej, ulicznej latarni. To musiał być listopad, bo zaalarmowały mnie korzonki i strzykanie w lewej pięcie. Wracałem chyba od doktora. Wypisał skierowanie do senatorium i mówił, że będą tam sławni ludzie. Podobno sam Napoleon tam spędza wakacje. Sam nie wiem czy pojechać. Nigdy nie lubiłem polityki. Ale powiedziałem sobie, że pomyśle. AM zmienił się w PM, droga do domu była długa, punkt kulminacyjny osiągnałem w późny afternun. Mimo to jednak droga była przyjemna, ... dym był słodki. Rozszerzał komórki płuc, nie wydychałem go tylko łykałem. Im bliżej domu, tym wyżej nad chodnikiem. Doleciałem, popychany dmuchaniem ust Marcela.
Sam wcześniej zapytał czy bym nie zapalił. Z grzeczności nie umiałem odmówić. Sam odgryzł palec, z początku myślał głośno o lewej ręce, ale stwierdził, że i tak dzisiaj umiera, więc zaproponował prawą. Dużo mówił. Stwierdził, że urodził się za wcześnie, że od dziecka marzył o byciu baletnicą, że w szafie ma nawet kremowe rajstopy i kapciuszki, że lubi się przebierać i patrzeć jak kręci piruety, że gdyby miał jeszcze trochę czasu, nauczyłby mnie latać na perskim dywanie; mówił, że wprawdzie jeszcze nie próbował, ale, że to żaden problem, bo kupił od japońskiego wykidajły cztery zaklęcia uruchamiające silniki wszyte we wzorzyste wzory - tak właśnie mówił. Mówił też, że myślał, że to złoty interes, ale dzisiaj, kiedy śmierć wysłała do niego telegram, że wpadnie jeszcze przed północą, stwierdził, że jednak przepłacił. Zaciągnąłem się palcem raz jeszcze. Nie był jak papieros, nie był nawet jak opium ani haszysz, każda kolejna porcja dymu była nieco wykwintniejsza i bardziej zmysłowa. Spojrzałem na Marcela owijającego kikut po palcu chustką z inicjałami wyszytymi na złoto. Znałem tę strapioną twarz. To była właśnie reminiscencja śmierci.

Skąd o tym wiem? No cóż... Śmierć także do mnie kiedyś wpadła; wprawdzie telegramu nie nadała ale zostawiła karteczkę i zapukała w parapet na odchodne. Zdecydowała, że zabierze do siebie chomika za trzy dni. Tak tez się stało trzy dni później kiedy uderzyła kilkukrotnie kołatką w dorozumianym tempie nokturnu. Kiedy otworzyłem drzwi, zacząłem jej współczuć. Słaniała się podpierając framugę i właściwie gdyby nie długi trzonek kosy, z pewnością nie doczłapała by się tak daleko. Z początku chciałem z nią walczyć, szarpać się, ale jej oczodoły jakoś tak dziwnie hipnotyzowały współczuciem. Zaprosiłem ją w końcu do środka, posadziłem w welurowym fotelu i postawiłem pufę pod nogi.
- Może trochę koniaku? - zapytałem, gotowy ją reanimować.
- Może kapeczkę. - opowiedziała, przykrywając kocem przemarznięte kości.
- Dużo zleceń dzisiaj?
- Ahhh. Za dużo. Chyba rzucę te robotę w cholerę! Nawet nie mam kiedy wydawać tych pieniędzy. Żeby człowiek tak jeszcze dostał jakiś inny rejon. Saharę jakąś czy kilka wiejskich wiorst, ale nie, rzucają człowieka na Paryż, a tu z tytułu samego syfilisu zgarnęłam już dwunastu, i to tylko dzisiaj.
- No ale to chyba też znak zaufania, nooo... i dowód uznania.
- Pieprze takie dowody. Miałam robić na etat a robie czasem i po trzy. A dzisiaj zostało mi jeszcze kilka zleceń, a ciemno już przecie. Żeby to chociaż jeszcze gładko szło, ale gdzie tam. Panie! Chowają się za szafami, wyjeżdżają z miasta, uciekają, że gonić ich trzeba jeszcze, a później pisz jeszcze raporty z nieudanych egzekucji. Mówię panu, rzucę tę robotę jak nic, spłacę tylko mieszkanie i szlus. Dopiero wtedy mnie docenią! Zobaczą jak to jest z wakatami, nic tylko karzą latać ci noc w noc. Noc po dniu. A po skończeniu ni to dziękuje ni spierdalaj! Ale zobaczą... jeszcze tylko kilka miesięcy.
- No nie wiem. Może i ma śmierć racje...
Rozmowa był przyjemna, koniak podgrzewał i tak już ciepłą atmosferę, ale czas mijał nieubłaganie.
- No. - rzekła w końcu - Czas na mnie, noc jeszcze młoda, ale lepiej to na zimne dmuchać. Gdzie "eksmitowany"? - rzekła, urzędowym tonem.
- W kuchni. Chyba śpi.
- No przynajmniej jedno mi dziś wyszło. Swoją drogą sama chciałabym tak odejść. No cóż, czas w drogę. Do zobaczenia, mam nadzieje, że spotka się z panem następca mojego nastepcy, ale wie pan... nigdy nic nie wiadomo.
- Ano, ano...
Koniak dodał jej wigoru, wyrobiła się niezauważenie. Po chomiku pozostała mi klatka i niedopity kubeczek wody.
Ciężka robota pomyślałem, ale w sumie dobrze, że jest taki zawód, bo nieśmiertelność musi być katorgą.

Patrząc na Marcela, ślizgałem się gałkami w jego zmarszczkach i załamaniach "myślącego" czoła. Wyczytałem w nim tylko mądrość i strach, jego oczy dryfowały w dyskretnych łzach.
- Marcel! - powiedziałem w końcu, z początku by go pocieszyć, ale z biegiem zdań ten zamiar zmienił się w chwilową walkę ze śmiercią. - Chodź do mnie! Schowam cie w pawlaczu pod zimowym płaszczem i zeszłoroczna prenumeratą "Mojego chomika", śmierć umorzy twoją sprawę w trybie administracyjnym, po 14 dniowym bezowocnym dochodzeniu. Oni mają tak w zwyczaju, z resztą, stary! Oni tam zarabiają grosze, także i tak wszystko robią na odpierdol.
- Mówisz prawdę? Nie, litujesz się tylko... - spojrzał na mnie oskarżycielskim wzrokiem człowieka, któremu dano bezowocną sekunde nadziei, która za chwileczkę pryśnie jak szyba sklepu monopolowego podczas zamieszek.
- Nie, naprawdę! Z reszta... Co masz do stracenia!
Jakby się uśmiechnął. Może pomyślał, że zanim dojdziemy do mnie, śmierć zabierze go niezauważenie, a on ciągle będzie dmuchał na tlący się iskierek nadziei. Odszedłby szczęśliwy.

Wdmuchnął mnie do środka. Zamknął drzwi na klucz od wewnątrz. Podsunął pod klamkę fotel. Ten sam, na którym siadała śmierć kiedy czasem wpadała na kawę z koniakiem. Mieszkanie zrobione było na różowo. Moja żona urządzała. Akurat jej nie było, wyjechała do matki dając mi czas do namysłu nad kondycją naszej relacji. Podobno meblowała teraz mieszkanie jakiegoś antykwariusza z centrum. Więcej nie wiem. Palec spalił się za paznokieć. Włączyłem wodę na czaj. Spytałem go dlaczego akurat palec, kiedy bawił się patefonem. "Black Snake Moan" wypełzł z tuby odbijając się od ścian trzaskiem pierwszego pocałunku igły o rowek.
- Wiesz. Jestem pisarzem...
- Serio? - odpowiedziałem, zdecydowanie zaskoczony.
- Nie słyszałeś o mnie? Naprawdę?
- Nie czytam książek. Kiedyś matka zmusiła mnie, żeby na głos czytać "Opowieść wigilijną" ale odpuściła mi po kilkunastu stronach...
- No nieważne. - westchnął znacząco - Napisałem właśnie nową powieść. Zaniosłem ją do wydawnictwa, a oni mi powiedzieli, że chcą ją wydać jako dodatek do gazety.
- No i co?
- Nieważne... Jest już woda na herbatę?

Do późna w nocy graliśmy w oczko. Nie był znowu taki kumaty na jakiego się zgrywał, przegrałem tylko raz na osiemnaście razy, a i tak podejrzewam, że coś przyhachmęcił w tasowaniu kiedy wyszedłem do kuchni po butelkę koniaku. "Napoleona". Lekarz miał jednak racje. Do tego ten pisarz... Podobno tez sławny.
Położylismy sie spać kiedy Paryż budził się do życia, pod krwawo-jaskrawym polem rozoranym przez deszczowe chmury. Marcel o dziwo zasnął od razu, ja dość długo jeszcze zakładałem nogę na nogę, testowałem wszelkie optymalne pozycje ułatwiające osiągnięcie najłatwiejszego zaśnięcia, czytałem cienie gałęzi na ścianach i neutralizowałem swędzące miejsca na ciele za pomocą obgryzionych paznokci. Dopiero po godzinie utonąłem bez ruchu w poduszce.

Rano Marcela już nie było. Został tylko skiepowany koniuszek palca.
Nie wyszło.

Blind Lemon Jefferson - [String Dazzlers #15] Black Snake Moan

11 stycznia 2008

Hope comes when Sam begins to plays ....

Był czas kiedy o wczoraj uczyliśmy sie tylko na historii i kiedy jutro było po prostu jutrem. Później pojawiłaś się ty. To była chwila kiedy odkryłem teraz, kiedy w jutrze widziałem ciebie.
Sam! Odgarnij kurz z tego winyla i zagraj mi to jeszcze raz. Za wszystko co było. Przytul mnie kocem nu jazzu i zostań ze mną. Ilsa zostawiła za sobą blask łuny swojej poświaty, swój zapach i mnie samego. Nia ma sensu nawet oszukiwać się, że zapomniała. Sam! W życiu zostawiłem tylko Scotch'a... jak się okazało dziś, nie na zawsze. O niej nie uda mi się zapomnieć.
Ze wszystkich knajp na świecie, ona musiała wejść właśnie do mojej.
Cztery pionowo. Paris. Tylko ja pamiętam?
Sprzężenie zwrotne. Nadużywanie wczoraj. Rozkalibrowane jutro. Bezprzymiotnikowe teraz.
Przychodzisz z nim. Rozkazujesz mi Ciebie nienawidzić. Żądasz niemożliwego. Dam ci czego żądasz, żądaj czego chcesz, tylko nie zabieraj mi wczoraj, bo nie wierze już w ani dzisiaj, ani w jutro.

Sam Begins to Play "As Times Goes by". Can You Hear it? The Sound of Little Footsteps on the Stairs.

Brodway Project - [In Finite #13] The Third Stream

Give it up for ...

"Więc o czym jest ta sztuka?
– O marzeniach..."

10 stycznia 2008

Yo I tell you the rest when I see you, peace!

Autobus brodził w wyblakłym asfalcie, miedzy pokrywającą go pajęczyną dziur. Patrząc przez zaparowane okno, zastanawiał się czy może, by wysiąść już tutaj i po drodze zajrzeć w jedną w luk w nawierzchni, w nadziei podejrzenia piekła. Są miejsca gdzie Bóg jest naturalnym odczuciem, są też miejsca gdzie szatan jest materialnie obecny. Miejsca takie jak te. Uzbroił się w plecak nacisnął dzwonek na podsufitce. Autobus zwolnił gdy podszedł bliżej do kierowcy.
- To jeszcze z 10 kilometrów. Pan nie stąd? – odparł facet za sterami.
- Nie. To tutaj. – podpowiedział.
Kierowca szturchnął ramionami i zatrzymał autobus manewrując między gniazdem dziur z prawej i jednej wielkiej zajmującej cały lewy pas. Otworzył drzwi. Wychodząc w ostatniej chwili udało mu się przeskoczyć kałuże sięgającą grubo za kostki, pod samymi schodkami od autobusu. Trzasnął drzwiami, nie mówiąc ani dziekuję ani do widzenia. Pogoda była prawie zimowa. Deszczowe chmury zasłaniały latarnie słońca, wiatr delikatnie czesał wyliniałe korony drzew. Wyciągnął paczkę mocnych – tych pakowanych po 25 – i bez chronienia ognia zapałki przed wiatrem bijącym z otwartej powierzchni pól, odpalił jednego. Wzdychnął – jest takie słowo? - jakby nastąpiło wreszcie coś na co czekał od dłuższego czasu. Jego twarz nie wyrażała jednak żadnych emocji, była to jedna z tych twarzy, z których nic nie wyczytasz: ani tego kim jest ten do kogo należy, ani bliższej charakterystyki. Mogła to być twarz człowieka tak 25 letniego jak i 35.
Rozejrzał się dookoła, oczy jakby na ułamek sekundy się zaszkliły, choć możliwe, że to tylko wrażenie. Odwrócił się w prawa stronę i poszedł dalej bita drogą z prawej strony asfaltówki.

***

Jaskrawo błękitne lustro morza przechodziło w sklepienie nieba niezauważenie. Plaża była pusta. Pobliskie miasteczko uciszył śnieg. Patrzył na widnokrąg. Coś musiało go tu ciągnąć. Może ten horyzont, który potrafi być jak twarz w lustrze oglądana codziennie. Niby taka sama, ale zawsze odkrywa się cos nowego. Może coś innego, trudno powiedzieć. Stał tak poddając się tańcowi lodowatego wiatru. W kieszeni miał zrealizowany bilet, na którym była trasa obliczona w setkach kilometrów.
Tak zwyczajnie. Bez morału.

Mellowbag - [Bioplar opposites #10] The Essence

3 stycznia 2008

Livin' in Technicolor

Widoczność dobra, z lekkimi przejaśnieniami w fakturze chmur, wylizującymi gwiazdy z nieba. Wiatr niżowy bijący od pancerza mojej i nie mojej obojętności. Uszy poddane bolesnej akupunkturze zimna, odetnij płatki, a nic nie poczuje. Ścieram podeszwy sneakersów w kontakcie z płytami chodnika pamiętającymi czas kiedy Niemen jeszcze grał na Hammondzie i nie miał zamiaru zmienić go na syntezatory. Wiatr wieje od zawietrznej. Bronie się. Tonę w kołnierzu ortalionowej tarczy. Spodnie założone na krótkie spodenki - miałem mało czasu, sklep zamykali za chwile. Jasne, że nie zdążyłem i jasne, że drzwi zamknęli mi właściwie przed nosem. Podszedł do mnie facet i mruczy coś jakby po polsku. Jego widok przywołuje mi w pamięci twarz Bogarta... tyle, że tego w "Skarbie Sierra Madre". Skóra na twarzy jakby zaorana i pomalowana emalią. Czerwienią tym intensywniejszą im zbliżała się do czubka nosa. Ciągle mruczy, nie rozumiem. Zbliżam ucho do jego twarzy, ale to też nie pomaga. Nie ma nikogo, żadnego tłumacza, jakiegoś typa będącego jego pełnomocnikiem, działającym w jego imieniu. Po krótkiej chwili jednak widzę szluga między jego czarno - czerwonymi palcami lekko ubabranymi tajemniczym brązowym, z deka zaschłym spoiwem.
- Aaaa ... o to chodzi. - mówię i kulturalnie podaje ogień moją kozacką zapalniczką, którą dostałem za 30 sreberek od Cameli, wysłanych na adres producenta. Koniec papierosa - chyba Fajranta, patrząc po własciwościach - zapala się płomieniem, niczym pochodnia; zbyt długo trzymał go nad ogniem. Reakcja spóźniona. Może stracił kilka milimetrów tytoniu, ale jestem pełen podziwu dla manewru jakim opanował lekki pożar. Mam do czynienia z prawdziwym graczem. I chyba już wiem "gdzie się podziali prawdziwi oszuści?".
- Eeeaaaą - odpowiada. Z Radością uśmiechając się do mnie swoim błogostanem, powierzchwnością i klawiaturą zębów, bez kilku klawiszy, szczególnie górnej lewej dwójki, w której trzymał szluga nie musząc ciągle używać ust do jego przytrzymywania. Chyba podziękował. Zastanawiam się czy to celowy zabieg czy czysty przypadek, bo jeśli pierwsze to jestem pełen uznania. A może przez przypadek odkryłem tajemnice tego archetypicznego fachowca po pracy, który cokolwiek robi, gdziekolwiek jest, ma zawsze kąciku ust zawsze tego samego żażącego się kiepa. Pełen galanterii i wrodzonej wysokiej kultury osobistej, mówię dobranoc i stawiam krok do przodu. Wprawdzie nasze żywoty są różne, cele przecież mamy takie same. Też wyszedłem w środku nocy, ciągnięty przez niewidzialnego towarzysza mojej tak chwilowej wegetacji, jak i reszty życia.
Mój drogi nałogu! Nasz drogi nałogu! -poprawiam się - Przed chwilą spotkałem brata w wierze. Cel miał ten sam. Tylko w odwrotnej kolejności... ja szukam zaspokojenia, on tylko zapalarki. Czego nie ma on, mam ja i odwrotnie. Powiedziałbym vice versa ale obawiam się, że może nie zrozumieć, bo nie ogląda chyba tyle discovery i planete co ja. Zestawiam ze sobą fakty: na pulpicie komórki jest w pół do trzeciej, w kieszeni mam całą dyche, jedynym ośrodkiem rekreacji i sportu czynnym 24/7 jest Statoil. Idę wiec, zostawiając za sobą przyjaciela niedoli, masuje uszy przywracając im krótkotrwałe czucie. Ulica "nie pamiętam jak się nazywa" łączy się z ulicą Mickiewicza. Hę, dobra nazwa. Faktycznie, lokalna społeczność ceni sobie narodowe ikony: Chopin, Żubrówka, Belweder czy wreszcie, by oddać hołd wieszczowi uświetniającemu swym nazwiskiem to miejsce: Pan Tadeusz. Via kopalnia rozkoszy, bo są w tym mieście chłopaki, które lubią ten sport. Nie spotkałem jeszcze nigdzie większych patriotów. Przyjdź tylko i spróbuj spytać o Gorbaczowa, z miejsca cię zawrócą i zaproponują za tę cenę dwie czerwone kartki i colę - jedną dla nich of course. Lepiej ludową ojczyznę wspominać swojsko, a nie internacjonalnie.
Na pierwszy rzut oka nie ma w tym mieście niczego. Tylko ta stacja. Jedynie ona daje światło nocą. Jest jak latarnia morska prowadząca do celu i w tych okolicznościach zdaje się być widoczna z kosmosu. Aktualnie pusta, żadnych przybyszów znikąd, przejezdnych ''przez", ani tych, którym zawdzięcza miesięczny utarg, większy niż ten, jaki nabiliby chłopaki z Acid Drinkers w w ciagu całego swojego życia. Otwieram przeszklone drzwi, wdycham nieco stęchłe powietrze i staje przed paletą barw, przekrojem kultur od Lucky Strike' ów, przez Camele, Dunhill'e, nurkuje w trociny brydżowych, które można kupić za wydana resztę i wypływam na powierzchnie Sobieskich i LM-ów lightów, strasznie chujowych z resztą. Normalnie pale Camele, ale wybór jest tak duży, hmmm ... w końcu mam całą dyche. A co!? Wkońcu stać mnie!
- Dzień Dobry. - zagaja ,mnie uprzejmie, SalesMan.
- Enobry- mówię. - Właściwe dobry wieczór, ... ale do rzeczy.
- Słucham. - odpowiada lekko zblazowany. W sumie nie dziwię się: gadać to samo przez cała dobę, też bym chciał jakiejś odmiany, nawet dzień dobry zamiast dobry wieczór.
- Golłazy, proszę! - mówię.
- Gulłazy, chyba. - podpowiada SalesMan.
- Też mogą być.
- (śmieje się) ... niebieskie?.
- Własciwie, to granatowe. - mówię i jak noktowizor wodze żrenicami za jego ręką, uzbrojaną w najdroższy model G-Shock'a, sięgającą po paczkę chowającą się w otchłani zakurzonej półki. Najbardzej zakurzony dział, w miejscu gdzie przecież prawie zawsze, podaż nie nadąża za popytem. Czuje się jak odkrywca. Jak facet, który na zakurzonej półce, w publicznej bibliotece odkopuje jedyny isniejący pierwodruk "Boskiej komedii''. Uwielbiam ten brzek tekturowej ramki szlugów uderzającej o lade, ławę, stolik, whatever. Ale dobra dalej. No co dalej? Biorę. Płace. Biorę reszte. Dobranoc. Branoc. Wychodzę. Miasto jest ciche i spokojne, odpakowuję ramkę, wyciągam jednego z dwudziestu i czytam, bo lubie wiedzieć co pale. „Liberté toujours” , że niby „Zawsze wolność”. Kurwa! Coś z tymi szlugami jest nie tak. Te ich hasła. Są takie... normalnie jak ... sam nie wiem, ale weźmy "Veni, Vidi, Vici" z paczki Marlboro. No Niagga, please! normalnie. Albo "Per Aspera, Ad Astra" z Pall Mall'ów, że co? Że niby, przez raka do nieba? Jak to mówią w ameryce - a oni zawsze wiedzą co mówią - Dżizas!
No ale przejdźmy do rzeczy. Ugniatam. Oblizuje. Zapalam. Wciągam. Ulga, masująca, pulsująca rozkosz. To ten sam dym, którym truł się Picasso, Sartre czy Orwell. To ten sam dym, którym truje się Pilch. Gauloises Blondes. Jak to mówią: nasza strata.
Idę z powrotem. Zakładam słuchawki. Może niewiele pomagają, na ten wiatr napierdalający po uszach, ale to zawsze człowiek sie podnieci jakąś kawaliną, jakimś All Along The Watchtower, Eating Glass czy Seed 2.0. Idę połykając śmierć, zaczadzając szare komórki, marzenia, odbieram moim dzieciom dzieciństwo, wypełniam ich oczy łzami. "Palenie może powodować mniejszy przepływ krwi i impotencje" przed oczami, więc kiedy wdycham dym, żona składa mi pozew o rozwód i alimenty. W sumie nawet jakbym widział ten napis, to nie poprosiłbym mimo wszystko tych z rakiem. I tak idę, obojętny, nieporuszony, ścierając podeszwy sneakersów, rozcierając zmarznięte uszy, słuchając Hendrixa. Jedną ręką pompuje w żyły nikotynowy napęd, drugą chowam w kieszeniach spodni, gdzie mam srebrny zapalar i kilka niezrealizowanych recept na odrobinę chillout'u.
Dead man Walking, normalnie. We gotta Dead Man.

Amon Tobin - [Foley Room #12] At The End Of The Day

31 grudnia 2007

Bitch please!

Pokolenie naszych rodziców zbudowało już tutaj raz zachód, jeżdżąc do Władywostoku z coca colą made by Rfn, żyletkami Polsilvera czy pirackimi kastami magnetofonowymi MC Hammera niosąc kaganek oświecenia wschodnim ludom. Otwierali później, za ruble wymienione na dolary plantacje pieczarek, albo fabrykę guzików, by po kilkunastu latach mieć dwa BMW w garażach i trzy garnitury w szafie.
Pokolenie ich dzieci, moje pokolenie, snuje swoje marzenia, przeplatając je miedzy oddechem wypuszczanym rytmem miarowej paplaniny. Martwi prezydenci są dla nich zapomnianym chłodem uderzającym z krypty w korzonki. Marzą jedynie o banknocie z statuą wolności obok nominału, marzą tak długo, że zapominają, że tą druga Japonię przecież trzeba budować, żeby kiedyś powstała. Jadą więc na wyspy zobaczyć, opracować biznesplan i szlifować angielski, ale zamiast tego szlifują bruki. W końcu to pokolenie 1,200 brutto, a historia nie lubi nieporządku.

No cóz, więc ja też mam biznesplan.

Air - [Def Beat Remixes Vol.9 - Dan The Automator (Def Beat Remixes) #06] Le Soleil Est Pres De Moi (DTA Remix)

30 grudnia 2007

Masłowskim Wejherowem polece:

Lubie ją wkurwiać. Tak zwyczajnie, bez większej zajawki na planowanie i układanie tego wcześniej. Na spontanie. Ona mówi, że jeśli ją naprawde kocham to, byłym dla niej inny. Ja na to, że kochanie, skarbie ty moje, nikt cię nie kocha, jak ja ciebie kocham. Ona mówi że kocham ją tak jakby zbyt oporowo. Ja na to, że chyba, sobie ze mnie jaja robi, a takie szajby mnie grubo podkurwiają i mówię, że będzie sie musiała starać, nadskakiwać, klękać, siorbać i w ogóle o jak nie to z nami koniec. Ona płacze. Jej oczy celują we mnie jak laserowe namierzanie w karabinach, takie co je widziałem kiedyś na Polsacie w jakimś filmie o przyszłości, chyba Van Damme jakiś tam grał czy Chuck Norris. Nie pamiętam. I tymi oczami wypala we mnie jakieś przejście. Tym spojrzeniem, tą swoją bezzależnością i bezradnością. Zmusza mnie by współczuć. Przekopuje się we mnie, w środku jak jakiś kret w norze, rozsypując w rozsypkę moje całe wkurwienie. Zapominam po chwili o tym, że jeszcze przed chwilą była w moich oczach osikanym przez jakiegoś kundla, niechcianym przez nikogo słupem. Wlewa we mnie tym wzrokiem, jakimiś niewidzialnymi żyłami chyba, przepompowywuje tymi tunelami we mnie swoje łzy, tylko, że takie jakieś ciepłe i troche przysłone. Wypłukuje ze mnie wszystko, naważa solami mineralnymi, moją glebę dawno zasypanych uczuć, sieje jakieś tam ziarna; że teraz to ja nie bedę już lubiał jej podkurwiać, tylko chodził z nią bez przerwy za rękę, kupywał jakieś "Gale" czy "Vivy", chodził oglądać pralki na wystawach promocyjnym w sklepach Agd, a wieczorem po kolacji zamiast podbijać statystykę, no wiecie to co pisali w gazetach - 123 razy rocznie przeciętnego Polaka - albo spożywać idealnie schodzoną w tym celu - w tej lodówce co o niej wcześniej mówiłem - szyjkę browaru, zasiądziemy na kanapie co nam ja jej rodzice kupią i będziemy oglądać Taniec z gwiazdami a potem powtórke z Kryminalnych, co to jego przegapiliśmy jak byliśmy u jej najlepszej przyjaciółki na imieninach. A może jeszcze do tego jej mama wpadnie do nas pooglądać z nami.
Mówię w końcu, że przestań płakać, w końcu nic takiego się znowu nie stało, że przecież cię kocham, że zrobie dla ciebie prawie wszystko. Ona, że czemu prawie. Ja, że niech jej będzie, że wszystko, tylko, żeby w końcu przestała płakać bo mnie już głowa rozbolała i, że muszę się napić i zagryźć Apapem. Ona, że wiedziała, że ja kocham i, że będzie już ze mną zawsze. Do końca.
Ja tylko myślałem sobie, że to nieprawda, ze tak tylko mówi, że tak trzeba mówić, jak ci aktorzy w tych wszystkich serialach w telewizji i, że tylko dlatego tak mówiła, że przecież po co to mówić jak w sumie nie trzeba. Ale tak pomyślałem sobie, że w sumie, może i trzeba. Powiedziałem, że też, że ja ... i że w ogóle.
Tak sobie mówiliśmy, chodziliśmy po tabsy do Jokera, ze sobą za rękę, jeździliśmy naszym nowym metalikiem srebrnym Volkswagenem , kiedy ta w końcu przychodzi do mnie i mówi, że brzuch, że 6 tydzień i, że jej matka pyta kiedy ślub. Ja zaskoczony, ze jaki znowu ślub. A ona, że jak to, że przecież się kochamy i w ogóle. Co miałem odpowiedzieć.
I tak już trzeci rok mija jak na kanapie oglądamy kryminalnych - bo jeszcze ich nie zdjeli, a to człowiek się przyzwyczaił -, tyle, że już nie powtórki jak kiedyś, bo się pokłóciliśmy z jej najlepszą przyjaciółką, jakoś tak z pół roku temu, a tak w ogóle to zaraz po nich dają powtórkę Tańca z gwiazdami, tyle, że obejrzymy ją po prostu drugi raz.

Może też dostane NIKE :)

Burial - [Untrue #05] Endorphin

Yaknowwhatimean?



28 grudnia 2007

***

Tak wiele chciałbym ci powiedzieć.
Zawsze byłeś przy mnie,
nawet w najtrudniejszych chwilach,
pozwalałeś mi złapać oddech i być ukojeniem.
Pamiętam wszystko:
jak całowałeś moje usta na dzień dobry i dobranoc,
nasz pierwszy pocałunek też.

Nigdy mnie nie zostawiłeś,
chociaż tyle razy chciałem cie rzucić,
tyle razy zdradzałem cię tymi, którzy byli tylko środkami zastępczymi.
Wiele się zmieniło z czasem:
zęby otuliła rdzawa żółć,
oddech stał się płytszy,
cera bardziej ziemista.

Nie karz mi, więc mówić nic więcej,
bo wiesz , że będziemy już zawsze razem
uzależnieni od siebie,
oddychając jednym rytmem.
Mój drogi papierosie.


- Znowu palisz. Po chuj ci to palenie!
- Po chuj od góry czy od dołu?

Amon Tobin - [Chaos Theory (Splinter Cell) #03] Theme From Battery

Krok za krokiem - wyd. 2 rozszerzone

Zastałe powietrze przynosi z sobą ton westchnień, sensu zawodzenia i delikatny aromat łez zmieniających stan skupienia. Chowam się w półkuli wełnianej czapki moich ludzkich uczuć, w nadziei, że nikt nie ośmieli się poprosić mnie o cokolwiek, o wskazanie ulicy, o złoty trzydzieści cztery, o przeprowadzenie przez jezdnie, litość, nadzieje, uśmiech czy papierosa. Wszystko co ludzkie jest mi obce. Kartkuje koagulatorem wszystkie rady, ostrzeżenia, poradniki mejd baj "Co teraz". Wyszukiwarka jest nieco zmurszała dwudziesto-trzy letnim przebiegiem, więc trochę trwa zanim pojawią się pierwsze wyniki.

Na czele listy, złote myśli, że: miasto to dżungla, a ludzie to zwierzęta. Polegam na sobie, błędnik nie potrzebuje dodatkowej asekuracji. En garde. Wciskam palce stóp w załamania chodnika, pozwala mi to się "zastanowić nad kolejnym krokiem"i "stać twardo na ziemi". Dwa w jednym. Duma, głaszcząca uschłe, niepodlewane gałązki niskiego poczucia wartości. Szukam pęknięć, szczelin przez podejrze w inną rzeczywistość, odległy wymiar, "gdzieindziej". Miejsce gdzie gama kolorów jest szersza ale przy takiej samej rozdzielczości i przy tym samej sumie pikseli, gdzie ściany nie są oszczane bylejakośćią, ulice zalane zaschnięta, popielatą lawą depresyjnej szarości,
oplute śmieciowym i choatycznym brudem. Widać ją pewnie z daleka, bo ten inny świat z pewnością promienieje, ale mimo to szukam wszędzie, nawet w miejscach dawno zapomnianych przez poświate. Majając czułkami szorstki, graniczny mur, w pogoni za mackami spragnionymi ciepła i wzrokiem stęsknionym za światłem. Jak alkoholik w biegu za wodospadem zapomnienia, jak kochankowie w wyścigu po taniec zmysłów, płynę wierząc nie tyle w miejsce co rzeczywistość; nie żadną utopie płynącą Jack'iem Daniels'em czy cudowną imitacje nieba pełnego kipących miłością hurys, tylko miejsce, któro nie będzie reminiscencją "tutaj". To w zupełności wystarczy. The truth is out there. Wierze, że kiedyś ją znajdę. To już przesądzone. Podejrze ją przez załamanie w gramaturze ścianki działowej, jak śliniący się voyerysta podgladający kochanków przez dziurkę od klucza. To będzie erekcja estetki, jak pierwsze spojrzenie na Audrey Tautou, jak "Hurt" Johnnego Cash'a, jak Marlon Brando w "A Streetcar Named Desire". Pierwszy dzień reszty mojego życia. Ale jak już powiedziałem to będzie kiedyś. Teraz otworzysz oczy i poczujesz pocałunek spierzchniętych warg rzeczywistości i drapiące muśnięcie jej oblicza na które możesz zareagować jedynie wiarą. Lewa, prawa, lewa, ..., lewa, ...

Narrator wrzechwiedzący kieruje podmiot liryczny główną arterią miasta, obok gabinetu ginekologicznego, wypełnionego niemym oskarżeniem wiszącym nad nim jak bat nad rozoranymi plecami niewolnika. Spróbuj je usłyszeć, ale miej też świadomość, że te dzieci nigdy nie poczują chłodu oceniających spojrzeń, nie odkryją rozczarowania, nie pogłaszcze ich ból i nie staną przed dylematem udko czy skrzydełko. Ich życie zaczyna się w pełnej emocji ekstazie i trzepocie zwężonych z nadmiaru światła rzęs, a kończy w rynsztoku złych myśli i wtórujacego im szumu wody w muszli klozetowej. Przez ocean miłości na głębiny potępienia.Lewa noga, prawa noga.
Bohater mija kultowe miejsce, wypełnioną kulturalno-politycznym nimbem, rozpływającym się zwykle w gąszczu smug aromatu tanich papierosów i niedowarzonego piwa. Trzecia osoba liczby pojedyńczej zatrzymuje się i kontempluje, wnętrze baru "U Alibaby". Odwrócone do góry nogami krzesła, przypominają nadmorskie niebo chwile po 12 stopniowym sztormie czy stadiony na moment gdy widzowie rozeszli sie w swoją stronę odtwarzając w zwolnionym tempie kadry zwycięskiego strzału w ostatniej minucie meczu. Zastygłe powietrze się rozrzedza, emocje przecina ostrze samotności. W jednej chwili miejsca kipią wszelką możliwą paletą barw, by zaraz mgnienie oka uczyniło z niego co najwyżej westchnienie i wspomnienie świetności. Świetności, która była przecież przed chwilą. Elvis has left the building. Lewa noga, prawa noga.

Znów wracamy do patrzenia na świat oczami bohatera. Powietrze jest przyjemne i ciepłe, towarzyszący mi wiatr podkreśla co najwyżej mój dobry gust w postaci efektownego rozwiewania połów mojego kremowo-brązowego prochowca. W witrynę obok wpatruje się kobieta. Takie kobiety przewracają facetom wszystko, od pierwszej pozycji hierarchii najpiękniejszych kobiet świata, po odwrócenie kory mózgowej na odwrót. Czuje sie jakbym wypił jednym haustem butelkę gorzkiego wermutu, który promieniuje wewnątrz mnie swoją coraz wyższą temperaturą wrzenia, do miejsca gdy mój wzrok zmienia się w obraz pokryty śnieżnymi błyskami i czarnymi pulsującymi punktami jak nie odkodawany kanał telewizyjny. I choć wiem, że to jest ona, choć jednocześnie mam świadomość, że to nie ona. Kobieta Mojego Życia, pisana z dużych liter jak imię i nazwisko, to pozwalam jej odejść. Może kiedyś, kiedyińdziej, gdzieindziej. I być może gdybym nie znał siebie tak bardzo, gdybym mniej łudził się co do twojej niskiej poprzeczki oczekiwań, przesadnie ją zawyżając, do stopnia nieprzeskakiwalności, może wtedy podszedłbym do ciebie i byśmy zlali sie jedno. Ja Kajusz. Ty Kaja. Gdzie ty Kaja, tam ja Kajusz. Dziś patrze na ciebie odchodzącą w odchłań przeszłości, twoje plecy znikające za portalem tajemnego przejścia przeskakującego dni i lata. Może ten inny świat ... może to ktoś, kto tylko ogniskuje jego obecność. Ona? Żyć tutaj ... nawet znią obok? Chciałbym nawet i tego, ale chyba nie potrafiłbym, marze o niej, zawsze szukam jej wzrokiem w nieudolnie pozszywanym porządku życia, z odklejającą się okleiną bilbordów i reklam. Wyobraź nas sobie na proscenium. Nie żałuje ale nie jestem, aż takim egoistą by chować się za kurtyna ciebie, plecami do wszystkiego, bo nie wierze, że masz aż taką siłę by przysłonić mi wszystko i nie wierze, że jestem aż takim skurwysynem by zmienić cie nasze życie w prywatne niebo gdzie ty będziesz pełnić role słońca, skupionego na tym by ratować mnie promieniami swojej miłości, ja byyłbym tylko antena zbiorczą twojego ciepła, dając ci najwyżej zajęcie i ciągłość. Resztę dni spędzę rozbudzając wiarę wbrew nadziei, wbrew wszelkiej nadziei, że spotkam tam znów ciebie stojącą w poświacie "teraz" i spoglądającą za witrynę. Może w witrynę, w swoje odbicie? Może. Nie wiem, gdybym był tobą z
pewnością spoglądałbym w odbicie namalowane na blasku tafli. Stanę obok ciebie jak ostatni brakujący puzzel liczącego miliard elementów jigsaw, w marzeniach wszystko zasklepia się w harmonię. Będę cię rozbudzał, przeżywał wszystko w trybieprzypuszczającym, pisał setki scenariuszy z happy end'em, choć wiem, że wszystko ma w świecie swoje miejsce i czas, wszystko jest przewidywalne i racjonalnie polepione. Świat to dżungla, a ludzie najczęściej są zwierzętami, życie trwa zazwyczaj kilkadziesiąt lat i najczęściej kastruje nas niedoczekaniem, nawet ciastka Petit-Beuree zawsze mają po tyle samo ząbków.
Mene Tekel Fares

Epilog

Ponieważ narrator jest wszech wiedzący jest w stanie dopowiedzieć resztę, ale dziś pominie ciąg dalszy. Sam zbyt długo kultywował motyw vanitas, odwracając sie od wszelkiej miłości. Ciąg dalszy dopisze wyobraźnia, to że ludzie sa wolni, a może nawet to, że ludzie czasem się zmieniają. Przechodniu! Zaparkuj na kanapie i dopisz scenę zamknięcia, od teraz to jest twoja rzeczywistość!

Apples In Stereo - [New Magnetic Wonder #01] Can You Feel It?
Emancipator - [Soon It Will Be Cold Enough #01] Eve

23 grudnia 2007

"KOjarzyć CHujA z Cipą"

Hallgrímur Helgason - "101 Reykjavik"

19 grudnia 2007

Keep looking!

Pamiętasz ten zoom z High Fidelity? Typ siedzący po turecku, między setkami winylowych placków? To jeszcze nic. Piwnica, "Midnight In a Perfect World" w tle i palce Shadowa tasujące zapomniany etap popkultury. Wiesz te stery zakurzonego wosku, które widziałeś oglądając "Scratch". Art of diggin' bejbe! Byłem tam. Żadna kobieta nie połechta mnie werbalnie bardziej niż to "Czuj się jak u siebie." odbijające się echem od ścian, fundamentów i sufitu: cmentarza, a właściwie muzeum przybladłych gigantów i płotek. I chyba już nie połechcze. Pracuj tylko wyobraźnią. Jestem i panem i władcą. Tylko ode mnie zależy ich zmartwychwstanie. Tylko ja mogę ich wskrzesić, wyniesieniem ich z sobą. Delphonics, Smokey Robinson i Al Green, to chyba jedyne nazwy, które coś mi mówiły. Spod Harold Melvin & the Blue Notes świeciła ona. Jak poświata świeżego śniegu nocą. Idealna piosenka. Pozdrawiam środkowym palcem tych, którzy szukają jej całe życie. Mam ją, teraz jest tylko moja, w końcu każdy choruje na swój odcień katatonii, więc spójrz w inna stronę zacznij dziergać, zbierać muszelki albo zwyczajnie daj sobie spokój! Czarny polichlorek absolutnej ejakulacji zmysłów od pierwszego trzasku igły muskającej analog. Widzę zarys spirali rowka, za chwile świadomośc zakręci się tempem 33 1/3 obr./min. Wdycham powietrze by zdmuchnąć cząsteczki kurzu zawistnego czasu. 12'' do nieba. Jestem
... byłem. Do przecinka, gdy ryk budzika wyrwał mnie z otchłani "kiedyś będę". Masuje wyobraźnie, grzebie palcami po załamaniach autostrad hipokampu, ale za nic nie umiem wyrwać rzeczywistości tytułu, sylaby, dagerotypu wytwórni, jakiejkolwiek poszlaki.
Żyjemy w okrutnym świcie.

Malcolm McLaren - [Kill Bill vol.2 #12] About Her

18 grudnia 2007

Pamiętasz?

Więc dobra, święta kojarzą mi się z tą dziewczynką od Andersena, stojącą w bramie z czerwonym od zimna noskiem i palcami stóp zwróconymi do środka; sprzedającą innym współczucie, ludzkie odruchy i pudełka zapałek. Kojarzą mi się bardziej z podwójnymi wydaniami tygodników, niż rubasznym facetem z reklamy Coca Coli odzianym w kubrak w kolorze burdelowych dzielnic; od ministrów czy premierów, przez Kołakowskich i Tischnerów do recenzji ostatniego singla Britney i relacji z wieczorku autorskiego Drotkiewicz. Lubię tą klamrę. Raz do roku, w końcu można poudawać człowieka. C'nie? Częściej słychać proszę, nawet kierowcy autobusów są jakby mniej obrażeni na świat, płynąc Ikarusami w rytmie swoich laid-backowych imaginacji. Wszystko jest efemeryczne, wręcz nieuchwytne, jak świeżość ściętego bławatka. Święta kojarzą mi się z samotnością za ścianą i zwiększoną liczbą samobójstw, z hipermarketami i radiem pierdzącym "Last Christmas". Dla Scrooge'a zabrakło miejsca, czasu i dodatkowego nakrycia. Święta kojarzą mi się z ..., z ... i z ... Co powiedziałeś? Bóg? Mmm, ... Aaa! Ten od złota, kadzidła, mirry i Red Bull'a! Mam to.

David Bowie - [The Man Who Sold The World #08] The Man Who Sold The World

15 grudnia 2007

Don't Follow The Leader

Wodził myślami między smużkami skondensowanego dymu.Próbując czytać, drapał oczy, podrażnione szczypiącym odcieniem błękitu jaki ulatniał się z końcóweczki cylinra made by Philip Morris. Strzepywał popiół do umywalki. Palenie zawsze ma w sobie jakąś poetykę. Nawet tutaj z porcelitem pod sobą.
"Ludzie tacy jak ja pragną destrukcji, ponieważ po zniszczeniu starego wrzechświata powstanie nowy. Gdy wielcy bohaterowie dają pełną swobodę swoim popędom, są cudownie potężni, gwałtowni i niezwyciężeni. Podobnie jak maniaka seksualnego, szukając kochanki, nic nie może ich zatrzymać."
- A to skurwiel! - pomyślał. - Takiego gnoja posłałbym z jego Graceland z powrotem do Tupelo!
Problem w tym, że facet nie żyje od iluś tam już lat. Facet który miał na rekach krew milionów, odszedł spokojnie we śnie, zostawiając za sobą ponad miliard ludzi, którzy do dziś są zmuszeni są być jego sierotami.
Nic nie mógł dla nich zrobić.
- Chociaż ... zaraz ... - pomyślał i wyrwał automatycznie kartkę z książki. Spojrzał na nią jeszcze raz.
- Właśnie mam twój tekst przed sobą. Za chwile będę miał go za sobą. Skojarz! Nade mną niebo styropianowych kasetonów, a prawo moralne pode mną!
A co? Niech sobie skurwiel nie myśli!

Apollo Four Forty - [Electro Glide In Blue #05] Vanishing Point

13 grudnia 2007

Bringin' Back Sweet Memories

Małe 15 tysięczne miasteczko na wschodzie. Polska.
Godzina 1:30. Noc.

Zmaterializował sie przede mną golf trójka. Zielony metalik. Jechał wprost na mnie z dokładnym azymutem, jak ostatnia kohorta rzymskiej armi krocząca na rzym opanowany przez hordy barbarzyńców. Zrównujac sie ze mną zwolnił do prędkości beczki toczonej przez dzieciaki po podwórku. Za lekko uchylonymi oknami, przez które saczył się BassBoost'em Shook Ones (part obojętnie który), trzy pary oczy, celujace we mnie jakby miały założone gogle z noktowizorem. Pisk opon, ostatnie tchnienia ledwie trzymających wahaczy i podświetlona naklejka Blaupunkta. Zmienili się we wspomnienie. To tylko ... To nic.
Cruising w poszukiwaniu utraconej młodości. Słowa wplecione między patetyczny bas i przyjemny, tulący papierosowy dym. Trip miastem dorastania, żyjącym ich fekaliami rozpierającymi podskórne żyły. Ich życie stało się flachbackiem. Asfalt ścierał opony, a przecież przeż tyle czasu żył ich potem, krwią bryzgającą z potrzaskanych nosów, karmą dla łabędzi jaką wyrzucali z ust na połacie chodników w każdy piątek, tagami, które teraz są niczym wspomnienie wielkości Atlantydy. Siedziała w nich jakaś uparta wola budowania ''teraz'': mówili o swoich stażach w urzędach za 500 polskich nowych, minus podatek, o nowych teledyskach Rihanny, nowej, samozwańczej seksbomby. Kupili ją, tak jak i carpe diem, kończąc ostatnią klase technikum. Matowe zdjęcie klasowe wyprane z emocji. 300 znajomych na grono.pl, komórki z setkami numerów zawalających pamięć; ale dla "ludzi z przeszłości", stanowili już tylko przeszłość; zajmowały ich kolejne dni: filozofie, solocjologie, chemie, polonistyki, europeistyki, prawa, medycyny, jakieś enigmatyczne resocjalizacje, turystyki - hotelarstwa czy techniki żywienia. Zazdrość, ale i pragnienie wczoraj, bo codzienność to pompowanie życia od innych ludzi. Z ich żył, z ich uśmiechów, komplementów, spostrzeżeń o nadchodzacym deszczu, wyzwisk, ... Więcej melodramatyzmu niż kinu dała Scarlett O'Hara.
Kończy się paliwo, trzeba powoli trzeba by wracać. Spytaj siebie co bylo dalej! Nie wiesz? Spójrz na swoich rodziców, albo sąsiadów. To byli oni, tylko kilka lat do przodu ... i tylko błagam nie mów, że to nie byliśmy my!

A Tribe Called Quest - [Low And Theory #11] Jazz (We've Got)

Nowy Dokument.doc

Kliknięcie na ikonke, przypomina mi tę bajkę o niekończącej się opowieści. Klekot gwałtownie tasowanych kartek zapisanych świerzym drukiem i zachłyśnięcie się mlaśnięciem ostatniej, jak ostatni, końcowy ruch bioder, jak ostatni akord Kind of Blue. Zapach dopiero co ściętego drzewa. DCP Ivory, żaden Offset. Cyniczna biel ekranu wyrywa mnie z półsnu, o grzbietach dajacych mi kwatere na Montmartre obok Verlaine'a. Miliony pikseli krystalicznej pustki jak absolutna cisza próżni. Bezczelna cisza, niezmącona jakimkolwiek szumem. Sam się godze na zwatpienie i mysli o uśmierconej wyobraźni ... jest już jakby za późno. Czas bezpiecznego kokonu się skończył, teraz czas się przepoczwarzyć, odciąć pępowinę i wyszeptać "samemu". Nikt inny tego nie zrobi. Dobrze, więc zostaliśmy sam na sam jak Gary Cooper w Haydeville. Twoja samotność przytłacza nawet cień karawany w samym centrum Sahary; w takią samotność nieuwierzy nawet oszołomiony natłokiem myśli rozbitek, puszczający świetlne sygnały do gwiazd na tablicy środkowego Pacyfiku. Ma za soba kilkadziesiąt pełnych dyskografii, gwar wieczornego miasta. Teraz próbuje czytać w szumie fal znajome melodie. Nie chodzi o nikogo innego tylko o czarny kursor. Dowód ewolucji. Od kamienia i naskalnej powierzchni, przeszliśmy do egipskich tabliczek, pergaminu i ptasich piór. Pojawiły się Parkery, wynalazek Christopher'a Latham'a Sholes'a i Ty. In and Out. To jest jak równomierny puls serca. A mówili, że nie macie uczuć. Nie nazywaj mnie na wyrost kreatorem, to nie ja zacząłem tę bajkę. Wczesniej byli prorocy, ewangeliści. Napisali największy bestseller w historii. Ciekawe czy dzisiaj upomnieli by się o swoje tantiemy za copyright? Kilkanaście wieków później pojawili się inni: Hemingway ze swoim niewiarygodnym kozactwem, Capote ze wszystkim tym o czym inni tylko marzą czy ten stary świntuch Hrabal. I choć staram sie być fanem słów pisanych ogniem wiary, to ci drudzy, ci "oni", podprogowo tatuują moje zmysły. Trwale. I choć wiem, że nad tym ołtarzem wisi krzyż z odryskująca farbą, pokrywajacą lipowe drewno pochlapane oczkami tuneli korników, to jest to ciągle ołtarz zbudowany na część piękna. Nie, nie będę klekał, to jest zbyt niedorzeczne, ale nie pozbędę się tego bezczelnego snu o tym idelnie skrojonym akapicie, jak Björk swojego karkołomnego biegu ku idealnej piosence. Nie wiem czy będę bił w ten berliński mur od wschodniej strony, wiem tylko, że świat należy do straceńców tak jak niebo do świętych i kluczy ptaków.
In QWERTY We Trust.

40 Winks - [Sound Puzzle #20] Melancholia

11 grudnia 2007

Breath

Wiele się zmieniło przez ten czas. Studia, praca, mieszkanie, ślub i jasny błękit ścian pokoiku dla dziecka; prześlicznej córeczki. Kilka lat później okazało się, że czas się cofa. Najpierw stracił posadę, później szacunek do siebie, wreszcie nadzieje. Jedyne co zyskał to zasiłek. Żona została przy nim tylko dlatego, że miała zbyt mało pieniędzy by od niego odejść. Żyli pod jednym dachem w czwórke: dziecko, on, ona i Prozac.
Nie minęło wiele czasu, kiedy jego twarz stała się przygnębiająco ziemistym odcieniem czerwieni, przechodzącej w fiolet. Tych, których zaczepiał na ulicy, byli przekonani, że stoi przed nimi facet, który dubbingował Himilsbacha. Umiał to wykorzystać. Nirwane osiągał kiedy na jego dłoni - pokrytą zrogowaciałym naskórkiem, zakończonej nieruszonymi od miesięcy paznokciami, przypominające czarne półksiężyce - zabłyszczało kilka miedziaków.
"Mały książe". "Pije żeby ...". Nie inaczej, choć brzmi to niemniej żenująco niż złota myśl Cohelo.

Któregoś dnia, po kilkudniowym ciągu, zdecydował ze sobą skończyć. Nikomu nic nie mówiąc. Założył puchową kurtkę Helly Hansen'a - wspomnienie lepszych dni, które pokrył brud i dość spora liczba oczek na ortalionie wypalonych plugawymi szlugami. W wewnętrznej kieszeni spoczywał spokojnie Smith & Wesson 67. Żony nie było w domu. Złapała gdzieś zlecenie na nocne sprzątanie biurowców.
Ostatni raz uchylił drzwi błękitnego pokoiku, swojej córeczki. Była najpiękniejszym dzieckiem na ziemi. Spała wtulona w plusz czegoś co miało być misiem, a w rzeczywistości przypominało bardziej psa na dwóch nogach; z palcem wskazującym zawiniętym w spirale jej złocistego loka. To było jak piorun, w ułamku sekundy jego myśli opanowało szaleństwo. Musowały jak Alkazeltzer. Usiadł na podłodze. Słuchał najpiękniejszego koncertu jakiego uświadczył. Nie powstała tak płyta. Tylko cichutki świst jej oddechu. Dwa razy szybsze tempo pulsu, kiedy przybierał nawet pozór nierównomierności. Był jak cerber, gotowy rozszarpać najbardziej enigmatycznych gości gotowych podnieść na nią rękę. Płakał, nasłuchując kolejnego oddechu, który miał stać się preludium jutra.

Die Fantastischen Vier - [4:99 #11] Weiter als du denkst

Skojarz!

Był skazany na sukces. Od pierwszej chwili. Takich ludzi widzisz odlanych u Madame Tussaud. Kiedy ty uprawiałeś jednoręczny sport, on ujeżdżał węża, którym potem jeździł Morrison czy dyktował Trumanowi Capote "Z zimną krwią". Naprawdę jeszcze wierzysz, że to Pras zastrzelił Johna Wayne'a?
Stary! Nikt nie miał takiego oka do dziewczyn. 90-60-90. Od linijki człowieku! To od jego kutasa zaczęła się kariera Anne Nicole Smith.
Tak jak już mówiłem: był skazany na sukces jak Rysiek na bluesa.
Nic nie trwa wiecznie.
Po śmierci okazało się Święty Piotr nie był jednak jego deweloperem.

Michał Lorenc - [Psy II #04] Wieczory


Everything You Always Wanted to Know But Were Afraid to Ask.

10 grudnia 2007

Trykoty to bzdura! Spytaj Franka Millera!

To gdzie bije serce tego miasta, nie jest juz zagadką. Pojawili się oni. Mieszkańcy wyregulowali wreszcie nerwowy oddech. Wszystko idzie jak po nalwilżaczu. Koło za kołem. Zębatka za zebatką. Bez złowrogiego brzękoszczęku.
Noc przestała kontrastować z dniem. Nie znajdziesz nic odbezpieczonego nawet w najdalszych suburbiach tego miasta. I pamiętaj to nie deszcz wypłukał to miasto z wszelkiego mętu, który spłynął w jeszcze głębszy ściek niż ten w którym tkwił dotychczas.

Wyjęci z pod prawa jak Josie Wales.Może kiedyś nas spotkasz skaczących po dachach,między śpiacymi, marmurowymi Goblinami - dizajn a'la Gotham. Może jesteśmy kilkoma z nich. Będziemy tu zawsze. Nietykalni nawet dla samego Eliott'a Ness'a.
Możesz już spać przy otwartym oknie.
Moc jest z nami.

Múm - [Go Go Smear The Poison Ivy #08] Dancing Behind My Eyelids

Bananowe Daiquiri.
Dla niej Martini z lodem. Tym razem tylko wstrząśnięte.
Takie szmule widziałeś tylko na kredowym papierze rozkładówek. Zapomnij o najseksowniejszych dupach showbizu. Sacrlett who?

Takiego odcienia czerwieni - choćby zbliżonego do koloru jej szminki, nie widziałem nigdy, nawet mimo to, że moje oczy widziały więcej krwi, niż Packinpah zużył czerwonej farby przy wszystkich dublach jakiekolwiek kiedyś zrobił. Mówiła z hipnotyczną delikatnością, jakby dmuchała mydlane bańki.

Siedziała przede mną. Pachniała świeżo drukowanymi banknotami. Jakiejkolwiek rysy.Potęga ideału.

Ty też lubisz czasem tańczyć z diabłem w świetle księzyca?

Bloc Party - [Silent Alarm #13] Compliments

9 grudnia 2007

Tube Tales #10

Wyjście metra wyżygało w jednej sekundzie ławice niespokojnych, depczących wzajemnie swoje złudzenia ludzi. Każdy z nich miał swoją historie, ale moją uwagę zwracała tylko ona. Ze słyszenia znałem jakąś roboczą wersje jej opowieści, ale nigdy nie miałem odwagi jej o cokolwiek zapytać. Była prawie piękna. Najbardziej jednak lubiłem w niej to bijące od niej zadowolenie z tego jak wygląda i chyba to własnie sprawiało, że to prawie nie robiło jakiejkolwiek różnicy.

***

Zatrzymała się przy koszu na śmieci by mieć gdzie skiepować kończącego się powoli papierosa. Patrzyła na fale rozpraszającego się powoli jak tłuczony kryształ tłumu. Zmróżyła powieki. Kiedy zamykamy na chwile oczy - pomyśla - , życie ciągle pcha naprzód, dając do zrozumienia, że nigdy nie będziemy najlepsi. Podobno nie chcemy pierwszych miejsc, ale tak naprawdę mówimy to tylko i wyłącznie ze strachu przed porażką. Nasze życie jest biegiem, którego nigdy nie ukończymy, bo tak naprawdę nie wystartowaliśmy. Wciąż wracamy do tego jednego miejsca, kawałka ziemi, podłogi, cienia drzewa by uronić łzy, by uwierzyć, że to inni pędzą, a nie my. I pozostaje tylko myśl, ze znów trzeba biec dwa razy szybciej niż inni. Tylko właśnie, czy to jeszcze możliwe? Nie przekonasz mnie, że nie ma tych co nie wierzą w to bełkotliwe pieprzenie o biegu dla samego biegu, bo dla nich laur wydaje się być wystarcząjacą nagrodą. Takich, którzy biegną na poważnie, nie bojąc się przegranej? Tych, którzy nie boją się pierwszych miejsc? Otworzyła oczy. Choć to miasto jest tak szpetne, że kiedy na nie patrzyła oczy bolały wręcz fizycznie.
Odrzuciła peta i zawróciła do tunelu, ciągnąc za sobą moje spojrzenie.

***

Widziałem ją codziennie. Jeździliśmy tym samym połaczeniem od dobrych kilku tygodni. Mój Boże, dączego akurat ja mam ja potępić !? Przecież jakby na to nie patrzeć, to właśnie dziwki są najuczciwszymi kobietami na świecie. Wszystko jest przy nich jasne i przejrzyste: od płacenia, przez akrobacje do zamknięcia za sobą drzwi. Żadnego drugiego dna, żadnych słów, które nie znaczyłyby, tego co znaczą, zwierzeń, które są jedynie błaganiem o zaprzeczenie. Żadnych śmiesznych podchodów, zapewnień i wyrazów zainteresowania. Żadnej pruderii i udawanych orgazmów. Tak jakby miało to jakiekolwiek znaczenie?
Podobno wszystko bierze się z czegoś. Jeśli tak, to jej "to" zaczęło się od tego upartego „kocham”. Słowa, które może być wszystkim: błaganiem o litość, wyznaniem wiary, błaganiem o wyciągnięcie z czeluści osamotnienia, ale najczęściej okazuje się być tylko kłamstwem. Tak było i tutaj. Chociaż zaraz, czemu próbuje ją tłumaczyć? Czy ma to jakiekolwiek znaczenie?

Wsiadłem do 525. Kierowca zamknął drzwi za wsiadającymi i włączył kierunkowskaz. Życie jest zbyt poważne by się nad nim zastanawiać. Wreszcie to zrozumiałem: kluczem wszystkiego jest tylko wytrwałość. Ostatni raz spojrzałem na zejście do tunelu metra.

Nie spotkałem jej jej już nigdy więcej.

MHz - [Table Scraps #08] This Year

5 grudnia 2007

High Noon City, Man! Wszystko skończy się tutaj. Nigdzie nie znajdziesz lepszego przykładu „nigdzie”. Same centrum pustyni. To miejsce jest nierzeczywiste. Dam ci do zrozumienia, że fatamorgana bywa czasem namacalna. Zgubiło cię to bezsensowne uczucie błogiego bezpieczeństwa, właściwe takim miejscom. Ziemia, która nie zaznała stopy człowieka, od dziesiątków lat? Ringo, zawsze twierdziłem, że jesteś tanim sentymentalistą. Przez ostatnie dziesięć lat tymi torami, nie przejechał żaden pociąg? Będę tym, który sprawi, że wsiądziesz do ostatniego pociągu, jaki stąd kiedykolwiek odjedzie. Twoje „do nikąd” zaczyna się tutaj. To twój pociąg widmo. Zapomnij o Doc’u Holiday’u. Największa legenda zachodu, stoi przed tobą. Pieprzone Six Gun Territory. Najszybszy Sukinkot na tym kontynencie. Zapomnij o wszystkim, nie zobaczysz żadnych obrazów, jedyne co zdążysz poczuć to puszczające zwieracze. Bad Day for Dying, he?

1 grudnia 2007

To miasto jest nasze.
Z Cruisingu uczyniliśmy sztukę.
Nasze V8-emki odkrywają niedostępne połacie nowych gatunków muzyki, a od chromu bije blask niemniejszy, niż od platyny włosów Marilyn.
Nitro to tylko tablczka ostrzegawcza, że z takimi skurwysynami jak my nie można się pierdolić. Chyba, że chcesz być ostatnim.

Wasze życie to absurd, jak czytanie „Wojny i Pokoju” w pdf-ie . Życie jest zbyt krótkie na szkoły i zbyt piękne na małżeństwa.
Tylko werbalne Punchline’y, Lacoste i najdroższe kurwy. Życie jest zbyt krótkie by się nim znudzić.
Nie pijemy prawie wcale, chyba, że jesteśmy sami albo widzisz nas razem. Życie jest zbyt proste, by go sobie nie wziąć.

Nazywacie nas tchórzami, ale to my patrzymy życiu prosto w oczy. To my uczymy was, że największym ryzykiem jest niepodejmowanie ryzyka. Otwórz oczy i przyznaj nam racje:
To my jesteśmy największymi haza w tym mieście.
To wasze pragnienia nabijają nam kieszenie.
To nasz oddech jest oddechem tego miasta.

29 listopada 2007

Fucking Mistake

Ten facet w ich domu był kompletnie od rzeczy. Jak ten kot na okładce Endtroducing czy eurowe stawki w obskurnych szaletach, na polskich dworcach kolejowych. Twarz typa pokrywały kilkudniowy zarost i lepiący się pot, co nie pasowało do luster w złotych ramach. Zabłocone buty też nijak miały się do ich perskich dywanów z importu. Generalnie cały skurwiel jakoś nie przystawał do tego domu.

Kiedy krępował im ręce, nie wypowiedział jakiegokolwiek słowa, nawet półgębkiem. Faceta rzucił na podłogę, a kobietę na łózko. Związany wiedział mniej więcej, co się zaraz wydarzy. Nie był frajerem by nie wiedzieć. W myślach zapalał mu się czerwony kwadracik w rogu, kiedy patrzył, jak facet szeptał jego własnej żonie coś na ucho. Gdy typ wyszedł do łazienki, przyszły rogacz, chwile wytchnienia, wykorzystał by oznajmić żonie, że …
- Wiem, ze to nie będzie łatwe, ale musisz pozwolić mu na wszystko. Od tego będzie zależeć nasze życie. Pamiętaj, że to nic między nami nie zmieni i, że jestem z tobą i, że zawsze cię będę kochał. … i tak dalej.
- Ten facet uciekł właśnie z więzienia. – odpowiedziała. Jej twarz nie zarysowała cienia emocji.
- Tym bardziej. – odpowiedział, próbując wzbudzić w sobie troskę.
W drzwiach pokoju pojawił się znowu on. Wyposzczony siedzeniem w jednoosobowej celi i zadowalaniem się kawałkiem słoniny wkładanym między szczebelki kaloryfera przez blisko 15 lat.
- Nie zrozumieliśmy się, ten pan właśnie pytał mnie gdzie w domu trzymamy wazelinę. Pamiętaj, że to nic między nami nie zmieni. Musisz być silny. Też cię kocham.

Nigdy w życiu nie zapragnął tak mocno, powrotu do dzieciństwa, kiedy nie rozumiał jeszcze, co znaczą sklejone kartki pism porno starszego brata i gdy ssanie kciuka nie miało jeszcze żadnego kontekstu.

Możdżer, Danielsson, Fresco - [The Time #8] Smells Like Teen Spirit

Kolejny dzień dalszej części mojego życia

- Jesteś wyjątkowy! Powiedziała, delikatnie rozwiewając swym oddechem parującą filżanke espresso. Często słysze, jak mnie nazywa ciepło tymi lepkimi zwrotami, które mają trzymać mnie w ryzach dotychczasowej postaci mnie samego. Zdarza mi się w nie uwierzyć, wcierając je beztrosko w moje potrzebujące tego ego ale prawda jest inna. Zawsze chciałem być kimś innym, zawsze miałem przed oczami obraz człowieka, którym chciałem być. Postać człowieka posklejanego z tak wielu cech i predyspozycji ludzi jakich spotkałem na swojej drodze, tak fizycznych jak mentalnych. czy to coś złego, w erze reklam, z których co druga nakazuje mi "Bądz sobą!", w dobie post - bigbrotherowskiego społeczeństwa gdzie to sformułowanie stało sie współczesną legendą?. Niby czemu mam być sobą? Co we mnie kurwa jest takiego, że mam do końca życia związać się z sobą samym? Wydaje nam się, że ostatecznie zwyciężyliśmy z pruderią, podczas gdy tylko zastąpiliśmy je bardziej przyswajalnymi hasłami.

...

Kilka lat później melodią mojego zycia stał się mechaniczny głos autoamtycznej sekretarki, którą właczałem z przyzwyczajenia po każdym powrocie do mieszkania. Not new Message. Wiedziałem, ze nikt nie dzwonił, ale bałem się spojrzeć na wbudowany w nią licznik, pokazujący ilość nagranych wiadomości. Po cichu liczyłem, że kiedyś nacisne ten przycisk i usłysze głos z innego świata. Ze świata przeszłości. Głos przed zachodem słońca. Głos kogoś kto bedzie chciał mnie w tym świecie widzieć, a ja stawie sie na to wezwanie.
Nigdy nic nie usłyszałem, zatopłem się w tej bezdennej przestrzenia bycia sobą, gdzie marzenia były tylko oddechem przeszłości, a słowa którymi gardziłem, okazały się jej odstatnim tchnieniem.

Witaj nieestetyczny świecie złudzeń. Po raz kolejny powiedzieliśmy sobie tylko „do widzenia”, choć marzyliśmy o „żegnaj” i „witaj” jednocześnie. Zapomniałeś!? Fakt, masz racje: to ja w tym związku żałuje, że się związaliśmy, ty jesteś tu już tak długo, że przestałeś zadawać pytania.

Chodź dalej! Co nam niby zostało?
Niszczmy się dalej!

Przesyceni rzeczywistością i nienasyceni życiem, spoglądając na blichtr świata za przyciemnianymi szybami, marzymy o otchłani ramion, które okażą się naturalną koleją rzeczy.

22 listopada 2007

"If You're Goin' To San Francisco"

Kiedy przelecieli mi po raz nie wiem który już tej nocy, oczojebną żarówką po źrenicach, miałem wrażenie, że znalazłem się na planie jakiegoś czarno - białego noiru. Czekałem tylko kiedy w drzwiach pojawi się detektyw, którym natutalną koleją rzeczy okaże się Humprey Bogart. Spokojnym i jednocześnie pełnym naturalności gestem odwiesi kapelusz na wieszak przy drzwiach, zdejmie popielaty prochowiec i podwinąwszy jednoznacznie rękawy koszuli, oprze ręce na blacie biurka na przeciwko mnie i tylko spojrzy mi w oczy, bez jakiegokolwiek słowa. Ja wyczytam w jego oczach, ten nieokreślony gatunek spojrzenia, któro nie pozostawi mi żadnych wątpliwości co do tego, że to co się zaraz wydarzy jest tylko i wyłącznie moim zmartwieniem. Bogart się jednak nie pojawił i pod jego nieobecość, zastępowali go dwaj faceci, których jedynym zmartwieniem mogło być co najwyżej to, że żaden z nich nie miał cokolwiek wspólnego z wyglądem Bogie'go: ten pierwszy, nie przypominał nikogo, ten drugi w ogóle nie wyglądał.

- You Son of a Bitch! Gdzie "On" jest !?- powiedział już z lekka zniecierpliwionym głosem, ten który nikogo nie przypominał. Właściwie nie dziwił mnie ten podwyższony ton, bo mieli do niego prawo po kilkugodzinnym powtarzaniu, tego samego pytania z częstotliwością raz na dwie sekundy. Detektyw Bogart zasypał by mnie setką, zdań, wplatając w nie słowa klucze, które formalnie nigdy nie byłyby groźbą, ale ostatecznie narobiłbym pod siebie, nawet wtedy, kiedy nie rozumiałbym angielskiego. Nie przypominali Bogarta, nie tylko fizycznie.


Nie wiem co się zdarzyło w międzyczasie. Dopiero wiadro zimnej, morskiej wody, właściwej portowym nabrzeżom, przywróciło mi świadomość. Obaj stali nade mną trzymając w ręce czarne Thomsony. Byli tak mili, że podczas mojej "niewiemiletrwającejnieobecności" wynagrodzili mi dzisiejszy wieczór nową parą piekielnie modnych w dokach San Francisco butów, których jedyna wadą mogło być to, że ich generalna waga przekraczała kilkakrotnie moją masę całkowitą.

Zbliżyli się do mnie, grając skurwysynów, których być może kiedyś spotkali, ale których w tym momencie potrafili stworzyć co najwyżej żałosną karykaturę. Kolejna różnica między nimi, a Bogartem.

To, że teraz tylko kilkadziesiąt centymetrów dzieliło mnie od krawędzi, basenu portowego, w tej sytuacji nie potrafiło wzbudzić we mnie jakiejkolwiek nawet imitacji strachu … próbowałem skupić się na powstrzymywaniu się od śmiechu.
- Dalej się wahasz. gnoju!? - krzyknęli wreszcie , dla efektu odbezpieczając automaty. Spojrzałem na nich pełen zainteresowania.
- Wybieraj skurwielu: albo gadasz gdzie to schowałeś, albo za kilka dni zostaniesz zawartością żołądka pierdolonego, zapuszkowanego tuńczyka!
Ten, który w ogóle nie wyglądał, spojrzał na mnie pełnym triumfu spojrzeniem człowieka, który ma nad kimś władze. Taaak - pomyślałem - najgorzej jest, jak się komuś coś wydaje.


- Wybieram drugą opcje niedojeby! - powiedziałem rysując na swojej twarzy aurę triumfu. Spodziewałem się teraz wszystkiego: tych porozumiewawczych spojrzeń z cyklu: "i co kurwa teraz!?" i żenujących równoważników zdań, z których dopiero może dziesiąte z kolei da mi jakieś blade pojęcie o tym, co chcieli wyrazic przy pomocy pierwszego. Zamiast tego ujrzałem tylko odbicie księżyca w ich lakierkach, które jednym kopnięciem zdecydowały o skróceniu mojego życia do kilkudziesięciu sekund spadania na dno morza.

Podobno, w takich chwilach człowiek widzi jasny tunel i slajdy z całego życia, jakieś pierwsze zdejmowane majtki i coś w tym stylu, ale to wszystko okazało się gówno-wartym pierdoleniem, bo jedną rzeczą jaka przeleciała mi przez głowę, było zdanie: Najgorzej jak się komus coś wydaje.

Jednak mieli coś z Bogarta.

Jesienie

Za oknem szum wiatru głaskał pastelowe korony drzew. Jesień przychodziła czasem wcześniej niż zwykle, otwierając nam drzwi wyobraźni, kluczem wczesnej ciemności i długich wieczorów. Nasze zimowe pokoje zmieniały się w skalne urwiska, tor Daytona czy skurwysyńsko czerwone Ferrari Sonny Crockett'a, którymi patrolowaliśmy ulice Miami. Wypełniały się parszywym, ale i zdumiewającym oddechem miasta Gotham, brzoskwiniowym zapachem cipek, dziewczyn z klasy, które towarzyszyły naszej wyobraźni przy jednoręcznych inicjacjach, smrodem kanałów, w których żyły Żółwie Ninja i oddechem enigmatycznego zachodu, który znaliśmy z serialu o Alfie, z którego rozumieliśmy tylko tyle, że zgrzewka 7up'a w puszkach w lodówce u nich jest czymś normalnym . Marzyliśmy w nim o wszystkim, co było tematem przewodnim naszych rozmów w czasie szkolnych przerw, za hangarem, gdzie otuleni papierosowym dymem, nieświadomie budowaliśmy fundamenty jutra.

Kilka lat później znów przychodziła jesień, przyzwyczając nas do rozbudzania wyobraźni. Właściwie nie zmieniło się nic poza tym, że teraz myśleliśmy o koncertach z chłopakami z Nirvany, o tej Stable of Bitches, o której mówił zawsze Snoop, o World is Yours Tonego Montany. W rytmie Walkirii lecieliśmy nad spustoszoną napalmem dżunglą, krzyczeliśmy "W imie zasad skurwysynu!", asystowaliśmy Jordanowi meczach o mistrzostwo ligi, paliliśmy pierwszy hasz w namiocie Elias'a przy dźwiękach Track of my Tears, bo to my byliśmy największymi skurwysynami kompanii Bravo. Każdy z nas chciał być choć raz jak Steve McQueen w Getaway, by z najpiękniejsza kobieta świata, odjechać w strone zachodzącego słońca, majac na wszystkich wyjebane. Chcieliśmy już zawsze mieć te 16 lat.

Świat się nie zmienił, to my się zmieniliśmy, chowając się w uczelniach, za granicami, za więziennymi murami. Naszą religią stał się hajs. Odkryliśmy, że na świecie jest bieda, że czasem trzeba stanąć przed półką w sklepie i zastanowić się czy stać nas na ten droższy papier toaletowy. Zmieniliśmy się kiedy, którejś jesieni, stwierdziliśmy, że to nie ma sensu. To był dzień, kiedy staliśmy się dorosłymi. A dziś wiem, że to kurewsko niebezpieczne.

World Is Yours

Odkąd pamiętam świat zawsze okazywał się być jednym, wielkim kłamstwem. Kłamstwem były kolorowe reklamy Matchbox'a, które puszczali zawsze przed wieczorynką, bo w niej przecież listonoszowi Patowi wystarczał tylko kot i nudne życie. Iluzją, był Firebird z Knight Rider’a, bo u nas na osiedlu podniecaliśmy się jak ktoś pod Polonezem poprowadził podwójny wydech. Tak samo jak złudzeniem były nasze podwórkowe wojny, w których my byliśmy zawsze Polską, a ci drudzy zawsze przegranymi. Nie wiem, kiedy zdałem sobie sprawę z tego, że to pieniądz ogniskuje wokół siebie wszystko i wszystkich, może właśnie wtedy kiedy, usłyszałem od rodziców, że uczę się tylko dla siebie i kiedy zaraz dodali, że właśnie dlatego powinienem pójść na prawo.

To, że świat dzieciństwa, był prostszy, było jedynie zasługa tego, ze nie widzieliśmy, niczego dołującego w setkach ton domów z wielkich płyt przypadających na kilometr kwadratowy i tym rozbudowanym kulcie bylejakości. Nas samych: pokoleniu wyżu demograficznego i pokoleniu groszowych pensji.

Dziś spaceruję pustymi, niedzielnymi ulicami, zaglądając w perłowo-niebieską poświatę okien. Zadaje sobie to pierwotne pytanie credo: "A może nie musi tak być?" Może racje miał Tony Motana? Może tylko stworzyliśmy sobie swiat, pielęgnowanych w nas wad, a świat, który nas rzeczywiście interesuje znajduje się kilkaset kilometrów stad. Namiastka świata dzieciństwa, przyprawionego świadomością?

Może świat rzeczywiście jest nasz?

Z zamyślenia brutalnie wyrwał mnie szary, liniejący kundel załatwiający się na moje nowe, białe sneaki. Spojrzałem w niebo, jakbym chciał krzyknąć to podręcznikowe: „Dlaczego!?”. Widocznie tak musiało być, taka jest chronologia wszystkiego – jeśli jesteś na dnie to czy zależy ci na czymkolwiek? Pozwoliłem mu skończyć, to on był w tym układzie panem swego losu.


Nie

Szedł fabryczną, normalnie chodził źródlaną, ale dziś odrabiane karnie nadgodziny, pchały go somnambulicznym krokiem do upragnionej pozycji embrionalnej, w wygrzanym małżeńskim łożu.

Powrót do domu tradycyjną trasą był dłuższy, od tego ulicą fabryczną, ale całe życie chodził do przedszkola, zerówki, podstawówki i liceum źródlaną, na prośbę matki, która próbowała stworzyć w tym oceanie bloków namiastkę tak zwanego porządnego domu. Nie protestował.

Jedyny z osiedla, chadzał inna trasą do domu i tym sposobem, ominęło go dzieciństwo. Kiedy wracał do domu źródlaną, chłopaki z podwórka na fabrycznej dmuchali słomką pierwsze żaby, ćmili pierwsze popularne bez filtra, oglądali pierwsze zdjęcia deflorowanych dziewczyn w niemieckojęzycznych periodykach znalezionych na śmietniku, rzucali koty z kilku pięter, by przekonać się czy rzeczywiście kot zawsze spada na cztery łapy i czy naprawdę ma 7 żyć, zaglądali pod majtki Kaśki z trójki, w zamian za kilka Donaldów. żygali pierwszymi owocowymi winami i kradli pierwsze landrynki w składzie u starej Kocajowej. Ominęło go nie tylko dzieciństwo, ale i przyjaźnie, które kształtują życie dziecka.

Z początku, dzieciaki uważały to za wielką sensacje, śledziły go chowając się za winklami i pokrzykiwały na odmieńca, ale po niedługim czasie – jak to dla dzieciaków – stało się to mało interesujące, a on stał się niewidzialnym dla każdego. Żył między nimi, mijali się, ale ich drogi nigdy się nie przecinały.

Tak się złożyło, że dla niego, jako dziecka rodziców pracujących w fabryce ludowa ojczyzna poczyniła znaczne ułatwienia, oszczędzając im czas: żłobki, przedszkola, sklepy, pocztę, komisariat policji i szkoły zbudowano w pobliżu fabryki, tworząc nieformalnie pewnien zamknięty krąg społeczny. I tak mając 29 lat nigdy nie spotkał, świata poza granicami szeroko pojętej fabryki. Mimo, iż jego matka nie żyła już przeszło 5 lat, ciągle podróżował źródlaną, do biura fabryki - gdzie pracował – i z powrotem do domu. Sam nie wiedział, czy bardziej siłą przyzwyczajenia, czy z powodu surowego wzroku matki, który paraliżował go nawet zza grobu. Wolał uniknąć tego wzroku, kiedy marzyły mu się studia na Śródmieściu. Z powodu planów matki, jego pomaturalnej kariery w administracji fabryki, nie miał odwagi ich zwerbalizować. Ojciec zmarł na pylice, niedługo po jego urodzeniu, więc tylko matka była jedyną osoba zdolną nauczyć go słowa „nie”, ale nigdy przez 25 lat życia nie skorzystała tej prerogatywy. I tak ominęły go studia, związek z Moniką, w której się podkochiwał od 3 klasy podstawówki, ponieważ matka uważała, że „to nie jest dziewczyna dla niego”, nie mówiąc o wszystkich atrybutach dzieciństwa, mających miejsce na fabrycznej, o których nie miał nawet większego pojęcia.

Kiedy rok po maturze matka, przyprowadziła do domu Anię, córkę jej najlepszej przyjaciółki z przedwojennej kamienicy na źródlanej, wiedział już jak matka widzi drugi etap jego dojrzałego życia … tak jak wcześniej nie miał odwagi matce odmówić. Ania była jedyną osoba ze świata żywych, z jaka dzielił swoje dzieciństwo. Można by wiele o niej mówić, ale w pewnym sensie okazywała się być nawet całkiem ładną dziewczyną. Miała patykowata sylwetkę, przykrytą wyjątkowo kredowo-bladą cerą, która na wysokości klatki piersiowej przeradzała się w niespecjalnie okazały, ale miły dla oka cyc. Właściwie oboje żyli w autonomicznych światach, który teraz mieli budować i dzielić razem. Nie był to świat właściwy, dzieciakom, które puszczały sobie płytę późnego Joy Division i czytały tomiki Wojaczka z żyletką w ręku. Ich nastawienie do życia charakteryzowało się zdumiewającą zgodą na to cokolwiek przyniesie im nadchodząca godzina i całkowitym pogodzeniem się z zastałym losem, tak obecnym jak i przyszłym. Tak było i teraz. Była to kategoria człowieka, który zorientowawszy się, że usiadł na pinezce, w pierwszym odruchu co prawda poskoczył, ale po chwili usiadł z powrotem, bo doszedł do wniosku, że widocznie tak miało być.

Ślub był skromny, wesela nie wyprawiano, bo matka była skłócona chyba z połową osiedla. Wieczorem po rodzinnej kolacji, nad którą dłuższy czas wisiało dudniące, choć zupełnie nikogo nie krępujące milczenie, jak to wśród ludzi, którzy wszystko o sobie wiedzą, doszło do nocy poślubnej. Jak Pan Bóg przykazał bez emocji przystąpli do swego małżeńskiego obowiązku, nad którym nieformalną kontrolę sprawowała matka, mieszkająca w pokoju obok, za tekturową ścianką działową.

Życie po śmierci matki nie różniło się niczym, niż za jej prezydentury. Małżeństwo trwało nadal siłą rozpędu, praca okazała się być zaspokajającą potrzeby ambicjonalne i finansowe. Świat poza fabryką, nawet teraz nie wydawał się być kuszący, nawet ten oglądany w zakładowym kinie ilustrujący życie za żelaznym murem – matka zawsze powtarzała, że kino to jedynie fabularna bajka.

Tak więc, tego wieczora po raz pierwszy w życiu wracał do domu fabryczną. Mijał budynki i mury oglądane do tej pory jedynie z odległości kilkuset metrów. Matka powtarzała, że ta ulica jest siedliskiem wszelkiego rodzaju grzechu i źródłem upodlenia tego osiedla. Zastanawiał się czasem, czy miała racje, ale porzucał te mgliste dywagacje, bo co by to tak naprawdę zmieniło?

Szedł środkiem ulicy, kryjącej w sobie najskrytsze, niedostępne tajemnice. Parujący ściek, wykluwający się z podziemi poprzez przedwojenne ujścia kanałów, budował mit obskurności tego miejsca, tak jak dziury w ogrodzeniach fabryki, gdzie robotnicy w przerwach na drugie śniadanie i po fajrancie, tłumnie zwalali się pod piwiarnie do starej Mańki i jak zażygana brama obok sklepu Kocajowej.

Nagle usłyszał z oddali wołający go głos Bronka Radwana, z którym przez osiem lat siedzieli w jednej ławce nigdy nie zdobywając się na koleżeństwo i zadowalając się równoważnikami zdań, co kilka godzin. Bronek był archetypem, robotnika tej fabryki, który przychodził tam po zawodówce, z nadzieją zarobienia kilku groszy w wakacje na prawo jazdy, na ciężarówkę, by jeździć po całej Polsce w jakimś PPHU. Jedynym problemem tych planów, było to, że - jak u Al’a Bundy - wakacje zamieniły się w całe życie, z toksycznym związkiem po drodze i dzierżeniem pokoleniowej sztafety tajemnicy podsklepowych królów życia.

Bronek, nie chciał niczego poza tym, by się napić, ale w kodeksie żula, jedną z naczelnych zasad jest dzielenie się wspólną zdobyczą, toteż zaproponował mu wspólne sączenie. Poszli do meliny mieszczącej się nad fabryczną, klubo-kawiarnią, gdzie zmęczeni sobą faceci wzbogacali herbatę podawaną w wyszczerbionych, porcelanowych kubkach od kakao z logiem fabryki. Kupili tam butelkę, przezroczystej substancji, z która nie miał nigdy do czynienia.

Przezroczysta substancja okazała się jednak metanolem, skręconym naprędce.

Nie posłuchał po raz pierwszy, do końca matki.
Nie umiał mówić nie.

Sam już niewiem, co z tych dwóch rzeczy go zabiło.

John Coltrane - [Giant ship #6] Naima

Doc McElroy - Dying Legend

Doc'a McElroy'a spotkałem dwa razy w życiu.

Była to żyjąca legenda awanturników i wszelkiego rodzaju desperatów począwszy od Sacramento, a na Teksasie skończywszy. Zanim zastrzelił, człowieka, który zastrzelił samego Watta Daltona, był zwykłym koniokradem, ale po tym epizodzie, pijany swą sławą, włóczył się po kraju ze swoją bandą i napadając od czasu do czasu na dyliżansy pocztowe, powiększał tym jeszcze bardziej swą sławę, bo listy gończe z jego podobizną, wytapetowały każdy Sheriff's Office na zachodzie stanów. Wanted Dead or Alive.

***

Każdy Saloon na zachód od Teksasu jest taki sam. Pełny wykolejeńców, koniokradów i szulerów wszelkiej maści podróżujących od miasta do miasta w nadziei, że czarna legenda, jaka spowiła ich gdzie indziej, nie dotarła jeszcze do tego miejsca. Wszędzie można w nich spotkać miejscowych pijaków schowanych przy stolikach na rogu i dziwki, wyczekujące na śmierdzących tygodniowym potem i przetrawioną Whisky podróżnych, leniwie opierając się o balustrady schodów, prowadzących do pokoi, które eufemistycznie nazywano hotelowymi.

Ta melina nie różniła się niczym od wszystkich innych, poza jedną jedyną rzeczą, tym mianowicie, że za startą klawiaturą pianina siedział Indianin, grający, żywiołową melodie kankana. Wyglądał jak biały, jeśli sporzeć daltonistycznie na czerwony, spalony słońcem kolor skóry.
Tutejsi przyzwyczaili się do Czarnego łosia - bo tak nazwał go ojciec, wódz jednego z licznych oddziałów Indian Navajo - , jednak dla ludzi, którzy przejeżdżali tylko przez miasto, był to precedens, wywołujący automatyczne przetarcie oczu. Zazwyczaj jednak ograniczali się do głośnego wyrażania, swego niesmaku, ale po jakimkolwiek braku reakcji obecnych, szybko zapominali o obecności Indianina, tonąc w kolejnych szklankach wody ognistej.

Czarny łoś został znaleziony w wieku kilku lat, pośród ciał swoich współplemieńców wyrżniętych przez unijny oddział kawalerii, która została sprowokowana do tego przez ludność wioski, brakiem chęci przenienia się do rezerwatu oddalonego daleko na wschodzie, pokrytego jałową ziemią, po której spacerowały już nieliczne bizony.
Jego szczęściem było to, że znalazł go kwakierski pastor, którzy zabrał go ze sobą do przykościelnego sierocińca. To dzięki niemu chłopak skończył szkołę, nauczył się grać na pianinie i objął funkcje organisty, każdego nabożeństwa. Kiedy stał się mężczyzną odszedł w swoją stronę, z nowym imieniem. Nazwano go Apanaczi.

Kończyliśmy szykować się z Earl'em do podróży wzmacniając się kilkoma kieliszkami lokalnego bimbru, kiedy do Salonu wparował On. Sam Doc McElroy. Przykryty czarnym płaszczem, odchylił do tyłu wskazującym palcem rondo kapelusza lustrując uważnie strach, zamarłych w ułamku sekundzie tu obecnych. Podszedł do baru, powolnym krokiem wypełniając Saloon jedynie brzękiem swoich ostróg. Nawet mucha, nie miała śmiałości zabrzęczeć. Uderzył otwartymi dłońmi blat baru, bez jakiegokolwiek słowa. Barman pośpiesznie, drącą ręką nalał mu szklaneczkę najlepszej whisky, kładąc butelkę przed nim. Doc, chwycił butelkę i odwrócił się w kierunku ludzi, ignorując szklaneczkę napełnioną przez barmana.
- Ej ty tam - krzyknął, wskazując palcem na Apanacziego. - Co ty tutaj do cholery robisz?
- Gram tu na pianinie - odpowiedział Indianin, ostrożnie, ale jednocześnie pełen godności.
- To zagraj coś brudasie - powiedziałpogardliwie, spluwając jednocześnie żutym od kilku godzin tytoniem, na podłogę.
Saloon ponownie wypełniły dźwięki, dla jakich stworzono takie właśnie miejsca. Ludzie po kilku minutach nabrali pewności siebie, zaczęli dalej pić, przypalać cygara, szulerzy rozpakować kolejną talię znaczonych kart, a my postanowiliśmy wreszcie się zbierać, wypiwszy ostatni łyk czerwonawego płynu, który tutaj jest źródłem wszelkiego szczęścia.

Byliśmy już przy drzwiach, gdy usłyszeliśmy za plecami strzał. Momentalnie osłupieliśmy. Kiedy wreszcie, zdobyliśmy się na odwagę by spojrzeć za siebie, naszym oczom ukazało się ostatnie tchnienie McElroya, osuwającego się plecami po barze i wreszcie bezwładnie padającego na heblowaną podłogę.

Apanaczi trzymał w ręku dymiącego jeszcze Colta.

McElroy okazał się tym, który doniósł wojsku o tym gdzie ukrywała się ludność jego rodzinnej wioski. Apanaczi dowiedział się o tym, przypadkiem, kiedy spotkał swojego ziomka - byłego sąsiada z byłej osady wigwamów obok - , który uciekł z rezerwatu z planem dołączenia do wodza Trzy Uderzenia, który tworzył oddział mający pomścić poniżenie ich ludu. Apanaczi z początku sam pomyślał o tym, by przyłączyć się do nich w nadziei, ze znajdzie się u nich jakiś stary, zardzewiały nóż, którym będzie bezlitośnie odrzynał skalp żołnierzom w granatowych uniformach. Indianin odgonił jednak od niego tę myśl, gdy powiedział mu o tym, że spotkał człowieka, który przesadził o losie jego ojca, braci i sióstr. Od tej chwili, jedynym uczuciem, jakie Apanaczi w sobie pielęgnował była nienawiść. Los dał mu szanse zemsty. Nie wahał się ani chwili.

Pomścił swą rodzinę.

Stał się człowiekiem, który zastrzelił człowieka, który zastrzelił człowieka, który zastrzelił Watta Daltona.

***

Słońce było w etapie kładzenia się do snu. Osłaniało tylko czubek swej głowy wychylający się zza - ściętymi jakby jednym, szybkim machnięciem maczetą - górskich brył, nanosząc na sklepienie wszelkiego rodzaju pastelowe odcienie, jakie mogłyby powstać tylko w głowie malarza abstrakcjonisty.

Jechaliśmy obok siebie od kilku godzin. Konie coraz wolniej odgarniały spalony słońcem, prawie, że bordowy piasek.
Jechaliśmy do miejsca, w którym wszystko się zaczęło i dzięki setce ludzi - spośród których tylko ja i Earl mieliśmy biały kolor skóry - u naszego boku i Winchesterach, przytroczonych do siodeł miało się to też skończyć.

Za kilka godzin mieliśmy stanąć u bramy Fortu kawalerii.

Jak już wcześniej powiedziałem, spotkaliśmy Doc'a McElroy'a dwa razy.
Pierwszy i ostatni.

Miles Davis - [Kind Of Blue #03] Blue In Green

Tani romans

Jak w większości tanich historii i ta znalazła początek na portowym nabrzeżu. Miejscu przepełnionym zastygłym już dawno wzruszeniem minionych pokoleń, wyciem do księżyca zakompleksionych nastolatków, dla których to miejsce jest niczym konfesjonał i kozetka w jednym. Miejscem przepełnionym rozkoszą zakochania latem i smrodem gnijących ryb o każdej innej porze.

***

- Co ty tu robisz? - rzuciła mechanicznie, w odruchu pierwszego zaskoczenia, jak to zwykle bywa. Usmiechnąlem bo przecież to nie było, żadne pytanie.
- Masz chwile? - rzuciłem, bo chciałem patrzec na nia tak długo jak tylko się da. Była jeszcze piekniejsza, niż wtedy kiedy ostatni raz ją widziałem. Nie było wątpliwości, stała się kobietą.

***

Po chwili szliśmy w kierunku przystani. Zdziwiło mnie z jaką łatwością i brakiem jakiejkolwiek sztuczności potrafiliśmy rozmawiać po dziesięciu przeszło latach braku jakiegokolwiek kontaktu. Z początku obawiałem się że to spotkanie bedzie noisiło w sobie ten rodzaj sztuczności jaka towarzyszy, spotkaniom po latach ludzi którym wydawało się, że łączyło ich wiele, a dziś niemaja sobie nic do powiedzenia.
Mówiliśmy o rozmytym westchnienieu za straconą młodością, w tym miejscu, któro było dla nas odbytem świata, tym środkiem nikąd z okładki Hansonów. Paradoksalnie nie potrafimy od niego uciec wracając tu przynajmniej raz na rok.

Właściwie nigdy sie z nią nie rozstałem, nosiłem ją ze soba wszędzie, była wspomnieniem najlepszego okresu w moim życiu. Nie umiałem pozbyć się tego wrednego nawyku porównywania wszystkich kobiet z którymi byłem związany, do jej wyidealizowanego przez lata wizji. Wiedziałem, że nigdy jej nie spotkam, że będzie tylko westchnieniem, ale nosiłem w sobie pamięć o niej, by przyponała mi, że życie miało sens, nawet jeśli była to chwila.

Kiedy ją zobaczyłem wystraszyłem się, bo wydawało mi się, że strace to pielegnowane przez lata wspomnienie, gdy dowiem się kim jest ... Absurdalne ale wydawalo mi sie, że cennejsze dla mnie było jej wspomnienie niż ona sama, patrząca na mnie rozpromienionymi oczami.

***

- Wiesz? Za każdym razem gdy tu jestem szukałam ciebie wzrokiem. - powiedziała przykrywając swoim ramieniem moje. Pierwszy kontakt. Szliśmy teraz jak starsze małżeństwo, zachwycone nadmorską aurą, kierujące wzrok ku górze. Później szliśmy jak coraz młodsze małżeństwo, narzeczeni, w końcy jak świeżo zakochani ... była to w końcy podróż ku przeszłości.

Cień drugiej szansy

Nie wiem, która to szklanke wlałem do żołądka tego wieczoru. Niby powinienem pamietac bo każdy przelew wykrzywiał maksymalnie moją twarz do granic możliwośći informując przy tym wszystkich, że bacardi mi wyraźnie nie podchodzi.
- Była tu, pytała o ciebie. - powiedział facet za barem, zanim polał mi kolejnego drinka teatralnie wyćwiczonym gestem, natykając się na ściane obojętności.
- Nie dzisiaj nie pozbedziesz sie mnie tak łatwo.. - powiedziałem po kilkudzisesieciosekundowej zawieszce. Uświadomił sobie, że pierwotna koncepcja wyjebania mnie z tad wzięła w łeb i zmusiła do obmyślenia planu B.
- Co się kurwa z tobą dzieje od kilku dni nic tylko użalasz sie nad swoją pieprzoną wegetacją. Weż sie zbierz do kurwy nędzy. - powiedział w końcu podkurwiony, utwierdzając mnie ostatecznie w przekonaniu, że do myslicieli raczej nie należał. Spojrzałem w jego żałosne spojrzenie, próbujace nieudolnie współczuciem zasłonić pogarde.
Przekonywałem przez chwile sam siebie, że jeszcze mam resztki godności. Podniosłem się, przygasiłem peta i i wyszedłem. W drzwiach natknęłem się na nią.

"Of all the gin joints in all the towns in all the world, she walks into mine."

- Szukałam cię wszędzie! - powiedziała lekkim głosem, którego niski dźwięk, mógłby uchodzić za encyklopedyczną definicje zmysłowości. - Pozwól mi wytłumaczyć!
Chciałem odpowiedzieć coś w stylu Ricka z Casablanki, ale przy największym nawet wysiłku ciągle byłem kilka skal niżej od niego.
- Tak? - powiedziałem. Nie stać mnie było na wiekszą błyskotliwość.
- Kocham cię. - powiedziała z wyraźnym wzruszeniemi i mimo że przytrzymywałem się asekuracyjnie o ściane, poczułem jak kolana miękną mi z każdą sylabą wypływającą a jej ust.
Spojrzałem w jej czarne oczy, bezdenne jak jej miłość. Widziałem, w nich jakiś żal, prośbe o jakąś kolejną szanse. Czuła się winna, myślała że to przez nią pije już kolejny dzień.
Piłem bo miałem dośc tego pieprzonego miejsca, tego, że właśnie wypierdolono mnie kolejnej roboty, wreszcie dość miałem tych wszystkich złudzeń jakie wciąż przetwarzał mój mózg, o tym, że kiedyś z tąd wyjade i nigdy już nie wróce.
- To nie tak ... - wyszeptałem, przerywając wpół zdania, dodając: - Ja ciebie też.
Czym, niby miałem się przejmować, w końcu to nie była zdrada, to był tylko seks.

Musnęła delikatnie mój policzek, zmieniając dotyk w lekki podmuch ust, które szeptają słowa będące największą rozkoszą. Zanurzyłem palce w jej czarne włosy i zbiliżyłem jej twarz do mojej. Patrzac w jej oczy powiedziałem że ją ubóstwiam, na co zareagowała delikatnym parsnięciem śmiechu, które miało ten rodzaj smaku, który jest najrzyjemniejsza pieszczotą. W takich chwilach człowiek nie myśli o tym czy to co robi jest dobre czy złe, topi się w tych chwilach, marzac by spadać coraz głębiej i nie osiągając nigdy namacalnej bariery granic rozkoszy, marząc o tym by życie ciągle było spływem ku kulminacji z jednoczesną pewnością i ta nigdy nie nastąpi. Chciałem już zawsze wdychać jej powietrze i zapach włosów, zawsze wpatrywać jej lekko rozwarte usta. Jeszcze przed chwilą łudziłem się zasadami, przyjaźnią, wszystkimi tymi wielkimi rzeczami, teraz odpłynąłem tak daleko, że miałem gdzieś siebie z przed chwili powtarzającego wciąż sobie, że są rzeczy, których się nie robi. Byłem tylko ja i ona. Byliśmy MY. Spleceni w odrętwiałym tańcu racjonalizmu, tkanego zupełną beztroską. Wolni od wszelkiego rodzaju uprzedzeń, kompleksów i pruderii jakiej uczono nas w domach. Wolni w niewoli, życia, które rysowało przed nami drugi cień szansy.

18 sierpnia 2007

Take A Women Like You

Dopiero teraz jej się przyjrzałem. Poczułem fale zapomnianego, pulsu gorąca. Była szczupła, a mokra koszulka i spodenki podkreślały jeszcze bardziej jej figurę. Była naprawdę podniecająca. Musiałem zachowywać się komicznie patrząc na jej odsłonięte niespecjalnie jeszcze opalone nogi, gdy tylko odwracała wzrok - biorąc pod uwagę mój opóźniony z lekka refleks. Nic nie mówiła, uznałem, że jej się to podoba.

Chmury odpływały na zachód, potwierdzając moją teorie - opartą na 21 letniej dedukcji - ,że wszelki syf płynie ze wschodu. Pokazał się księżyc, nie była to pełnia, ale świecił na tyle intensywnie, że widzieliśmy się nawzajem dość dobrze. Jej skóra odbijała światło jak lustro, ubierając ją w zajebisty układ światłocienia.

Zapaliliśmy. Uwielbiałem do szaleństwa zmysłowość z jaką kobiety potrafią palić szlugi – choćby były to i syfiaste, stadionowe wynalazki. Ona stworzyła z tego, kolejny rozdział Kamasutry.

Szliśmy w obojętnym dla nas kierunku, żeby przez ten czas powymieniać się swoimi bzdurnymi teoriami, poudawać, że silnie trzymamy się w życiu zasad. Choć widzieliśmy się po raz pierwszy i zapewne po raz ostatni, niewiadomo dlaczego tak zależało nam na stworzeniu jakiegoś złudzenia, a może chodziło wyłącznie o nastrój. Nie wiem.

Powoli zaczynałem sobie uświadamiać jak śmiesznie żałosne były jej życiowe teorie oparte na pospolitych powiedzeniach, którymi tasowała zależnie do danej sytuacji. Nie była idiotką, ale do geniuszu po drodze jej też nie było. Myślałem: poudajemy jeszcze troche, że jutro rano będzie nam zależeć na czymś więcej.

- Troche dziwne to wszystko. - powiedziała wypuszczając dym z płuc. Nie wiem czy czekała na odpowiedź ale nie chciało mi się rozdrabniać tej sytuacji wiec opowiedziałem, że tak. Ucieszyło mnie, że nie usłyszałem niczego patetycznego, w stylu: "Jak tu pięknie". W jakiejkolwiek konfiguracji. Być może dlatego, że z uduchowieniem nie było jej do twarzy.
- Co ty tu własciwie robisz? - spytała, zostawiając historii poprzedni temat – temat … jasne, widocznie nie miała najmniejszej ochoty bawić się dalej formą.
- Czekam na ciebie. – opdpowiedziałem bez zająknięcia i jakiegokolwiek już skrępowania.
- Chodź przejdziemy się jeszcze dalej. Dobrze mi się z tobą rozmawia. – powiedziała, udając że nie słyszy. Co znaczyło: jeszcze nie teraz.

Kurwa. – pomyślałem – może tobie tak, ale ja mam już w dupie tę – niech ci będzie – rozmowę, w której kiedy powiem coś głębszego ty zamykasz się w wytartych schematach gotowych odpowiedzi. Zrozumiem wszystko: arogancje , chamstwo i kłamstwa, ale brak wyobraźni, którym się odznaczasz, sprawił, że straciłem ochote na cokolwiek z tobą. Kiedykolwiek.

Myśle: Nie! Po chwili stawiam kolejne kroki we wspólną strone.

W jednej chwili nie mogłem uwierzyć, że kolejny dzień okazał się inny od poprzedniego, a jutro rano będę w stanie otworzyć oczy bez do tej pory nieodłącznego "kurwa'', w drugiej chwili miałem ochotę odciąć się od tej hipnotyzująco pięknej kobiety i irytująco odrzucającej za każdym razem gdy cokolwiek powie.

- Wiesz przeciwieństwa się przyciągają. - usłyszałem wyrwane z kontekstu. Pierwsza myśl: Nie w twoim przypadku!
- Co? – zapytałem odruchowo, wychodząc z zamyślenia. - Aaaa ... - zrozumiałem, że to jest jej reakcja na moją wcześniejszą opowieść o nowym facecie mojej kobiety, właściwie to byłej kobiety.
- Wiesz kobiety są ... - ciągnęła dalej swoje szkolne porównania, które są śmieszne nawet dla przeciętnego człowieka, którego głównym zajęciem w wolnych chwilach jest rozwiązywanie krzyżówek.

Nie chce już dawać jej żadnych szans, nie chce dawać jej nawet sobie, a co dowiero ''nam''. Nas nie będzie. Nas nie może być. Nawet na chwile!
- Dość. – urwałem jej kolejny równoważnik zdania w połowie papierosa. Kilka minut później siedziałem przy barze i patrzyłem pustym wzrokiem na barmana o twarzy rzeźnika nalewającym mi wódke do szklanki. Już tylko wódka jest w stanie sprawić, że rano poczuje, ze jeszcze żyje.

Ballantines z lodem zeskrobanym ze ścian zamrażarki, pamiętający chyba jeszcze czasy, kiedy Pasja była hitem sezonu – towarzyszył mi od dłuższego czasu.

Nie wiem, który dzień już piłem do lustra. Chyba coś ponad tydzień. Ciągle wycieram ten fotel, próbując zrozumieć, po co ja to właściwie robię. Żeby zapomnieć? Boże! Jakie to jest banalne. Urządzanie pijackich maratonów, z powodu odejścia miłości mojego życia, o której próbuje myśleć w kategorii kurwy, ale prawda jest taka, że jedyną rzeczą której teraz pragnę to, to by tu teraz weszła i zobaczyła mnie w tej najżałośniejszej z form. W brudnych gaciach i poplamionej browarem koszulce, która tak śmierdzi szlugami, że nie będę potrzebował palić do końca tygodnia. Pragnęłem tylko zobaczyć ten wyraz wzruszenia na jej twarzy, nawet jeśli byłby on tylko prymitywną jego imitacją, wynikającą z litości, tego najtańszego najtańszego ludzkich uczuć.

Jednak zapaliłem - zawsze miałem w sobie coś z hardcorowca.
- Co dalej? - zapytałem siębie zachrypniętym głosem. Kończy się skrzynka Ballantines’a, którą ze współczucia podarował mi kumpel, jako zadośćuczynienie, że nie może mnie teraz niańczyć. Skrzynka ma się rozumieć zajebana, z pobliskiego Pubu, tej lepszej "wicie rozumicie" prominiencji. Miałem w sobie jeszcze na tyle resztki godności, by nie pić z indianami z pobliskiej piwiarni, ale i za mało siana by przejść się do lepszej knajpy.
- Koniec! - powiedziałem prawie krzycząc. - Nie ma jej i już nie będzie. Nie przyszła, nie zadzwoniła, ma cię w dupie! Po co nawzajem okłamywaliśmy się, tymi regułkami o miłości. Nigdy jej nie kochałem, byłem z nią z przyzwyczajenia, dla spokojnego snu, dla wspólnych empetrójek, wygolonej cipki i stymulujących dialogów. Brakowało mi jej, zawsze będzie już mi jej brakować, chociaż brak mi tylko bliskości. Bliskości, nie miłości, brak mi tego strachu przed samotnością, przed samotnością która stała się faktem.

Zwykle leżelibyśmy teraz na kanapie palac jej Slimy i snulibyśmy plany wspólnej przyszłości, dzieciaków. Chłopiec miał zostać następcą Hendrixa, dziewczynka absolwentką sztuk pięknych, modelką, aktorką i lesbijką jednocześnie. Takie czasy. Jak zwykle wkurwiałbym się jej zakompleksieniem fizycznym, bo kiedyś powiedziałem, że podobają mi się kobiety o wyglądzie wieszaka, które często oglądałem na FashionTV. Ona z kolei głośno zastanawiałaby się nad tym kiedy będzie ten pierwszy raz, gdy mi nie stanie. Tak! Popełniliśmy wszystkie błędy tzw. nowoczesnego związku, przed którymi przesrzegają pisma dla kobiet.

Wziąłem prysznic. Czułem jak - dosłownie - woda zmywa ze mnie zaskoczenie, później zdziwnie, wreszcie ta tygodniową rozpacz. Znikały stopniowo spływając do odpływu, stając się świeżą, ale jednak historią.

Ubrany w w ostatnią czystą koszule, postanowiłem pójść do pobliskiego portu, jak zawsze, kiedy było mi dobrze, z ta różnicą, ze teraz tak nie było. Wcześniej miałem zasadę, że idę tam tylko wtedy kiedy czuje się dobrze, bo to jedno miejsce chciałem zostawić czyste, nieskażone całym moim syfem jakie za sobą targałem całe życie. Godziłem się de facto, że znika w moim życiu ostatnia świętość, po Bogu, którego odrzuciłem kiedy pierwszy raz poszedłem z kobietą do łóżka i po rodzinie, która odrzuciała mnie sama, kiedy postanowiłem, żyć na swój własny sposób, inny od małomieszczańskiego archetypu życia. Po prawdzie oba te schematy śmierdzą na kilometr, tak moje jak i ich. Godziłem się na to. Nie byliśmy jakąś specjalnie kochającą się rodziną, pomagaliśmy sobie nazwzajem i poświęcaliśmy się czasem dla siebie, ale każdy chciał w tym schemacie mieć przede wszysktkim siebie. Może to była uczciwsza sytuacja, niż mój związek z "kobietą mojego życia'? Tam nie padło nigdy słowo kochać, w jakiejkolwiek deklinacji, bo i paść nie mogło.

Postawiłem kołnierz od koszuli, łudząc się, że może to miejsce mnie nie pozna. Usiadłem na ławce, kawałek od latarni, na tyle daleki, że nie byłem dla nikogo widoczny, ale każdy był widoczny dla mnie. Nikogo jednak nie zauważyłem, niby dlaczego, o tej porze przecież normalni ludzie śpią? Nie chciałem już palić, pić ... po prostu zaczęłem płakać.

Nie miałem już nikogo. Właściwie już nie żyłem. Znikałem.

***

Nie było to idealne tło dla niezapomnianego zachodu słońca. Przez ostatni tydzień pemanentnie lało. Nie inaczej było teraz. Śladowym ilościom słońca, zakrytego przez czarno - granatowe chmury, towarzyszył średnio intensywny wiatr.

Gdy na moment przestało padać, by za kilkanaście minut przypierdolić znów ze zdwojoną siłą, na plaże zeszło kilkudziesięciu ludzi by zobaczyć choć raz zachód słońca, w czasie urlopu tudzież wakacji, zależnie od opcji w dowodzie. Właściwie by zobaczyć jego namiastkę.

Między nimi byłem ja, próbujący gdzieś znaleźć kilka metrów dystansu od tłumu grubych bab, małżeństw z długim stażem i masie dojrzewających dzieciaków z wyrazem niezadowolenia na twarzach. Nie miałem wyjścia, musiałem usiąść obok pary zakochanych w wieku nieokreślonym, a dwiema dziewczynami z prawej, które siedziały akurat na linii mojego potencjalnego widoku.

Z początku jak zwykle odpaliłem szluga, bo od kilku lat nie umiałem przeżyć czegokolwiek bez niego miedzy palcami. Miałem wrażenie, że jest to jakiś niewidzialny parawan, który potrafi mnie skutecznie oddzielić od tych na, których nie patrzyłem teraz zbyt chętnie.

Nie wiem co wyzwalało we mnie przekonanie, że wszyscy którzy tu się zgromadzili stanowili debilne wyjątki zaprzeczające samym sobą, że człowiek jest cudowną i uduchowioną istotą. Jak ta stara, zniszczona PRL’em baba o twarzy sklepowej w GS- ie z przed dwóch dekad. Jej męża, który pewnie z żoną przeżyli najromantyczniejszą chwile w ich małżeństwie w trakcie oglądania jakiegoś telenowelowego zbliżenia bohaterów z ekranu, a chwila przeżywana teraz stanowi jedno z piękniejszych wydarzeń w ich życiu, które przegapiają własnie pierdoląc trzy po trzy – i informując jednocześnie przy tym wszystkich w promieniu kilku metrów - o jutrzejszym pociągu i o tym co spakować do tej dużej walizki.

Zaczyna się.

Jak zwykle w takim momencie zamiast się skupić na samym przedstawieniu, podkurwiam się, słysząc debilne dzwonki przychodzących do ludzi sms- ów. Nie zastanawiam się nad tym co teraz wystkukują. Ja to kurwa wiem! "Oglądam właśnie romantyczny zachód słońca. Ta chwila jest magiczna.". Tradycyjnie obowiązkiem jest pisanie takich rzeczy, popijając kolejny browar kupiony za mniej niż 2 złote i patrząc we wszystkie strony, tylko nie na samo, coraz ciemniejsze sklepienie. Nie wiem sam czy to nawet ten najtańszy romantyzm.

Nie będę pisał o tym jak to wyglądało, bo żadne słowa tego nie wyrażą, choć ta fraza jest tak otrzaskana i tutaj może brzmieć jak usprawiedliwienie emocjonalnej imopotencji. Wspomnę tylko, że ludzie, którzy jeszcze chwile temu mnie ostro podkurwiali, znikneli za parasolem kilku sekund wstecz. Pod parasolami dosłownie. Pozostawiając tych kilku, których wrażenie emocjonalne wydaje się być silniejsze niż siła przyzwyczajenia.

Prawdą jest jednak to, że zostałem tyko ja i dziewczyna siedząca trzy metry dalej. W zasięgu naszego wzroku kilometry samotności z lewej jak i prawej strony. Mijały minuty, słońce chowało się powoli za łukiem horyzontu. Z każdą kolejną chwilą narastało we mnie dziwne uczucie, jedności z tą dziewczyną. I choć miałem świadomość, że połączył nas przypadek, magia świata zatrzymanego, nigdy chyba nie poczułem silniejszej więzi z jakąkolwiek inną kobietą. Nie miało znaczenia, że nie znaliśmy swoich pragnień, myśli i złudzeń, bo na tą chwile staliśmy się jednością. Jakkolwiek ta jedność wydawała się właśnie złudzeniem.

Nawet nie zauważyłem kiedy przestało padać. Gdy wreszcie zdałem sobie z tego sprawę, uświadomiłem sobie, że nie pamiętam kiedy widok morza kładącego się do snu, sprawił, że przypalony papieros zamienił się w popiół bez ani jednego macha. Nie wiem tylko, czy teraz sprawiła to natura, ta dziewczyna czy całokształt tej sytuacji.

Po pierwszej chwili uniesienia, zacząłem sobie uświadamiać, że odpływam trochę za daleko, karmiąc się złudzeniem, przybierającym kształt marzenia. Miałem świadomość taniości tego wszystkiego, ale z drugiej strony głęboko to pierdoliłem, bo niby dlaczego wszystko musi karmić się dobrym smakiem!? Kto powiedział, że gust nas wartościuje!?

Nie wiem czy istnieje świat idealny, w który od pewnego czasu zaczęłem obsesyjnie wierzyć, przekreślając wszystko co do niego nawet trochę nie pasowało, ale to złudzenie sytuuje mnie chyba gdzieś blisko niego.

Słońce właściwie stało się już historią dla dzisiaj. Postawiało jeszcze swoje resztki podpisując się resztkami światła pod chmurami dość gęsto – jak to po deszczu – tu porozsadzanymi.

Siegnęłem po papierosa i choć ten był suchy, to zapałki które nieudolnie, próbowałem odpalić jedna za drugą zawodziły mnie z każdą chwilą coraz bardziej.
- Trzymaj. - usłyszałem z mojej prawej. Ujrzałem ją, wyciącającą w moją strone rękę z zapalniczką. Byliśmy już całkiem przmoczeni. Jej włosy pewnie zwykle puszyste, zamieniły się w nieregulanie poprzyklejane do czoła kosmyki. Nie była powalająca piękna, ale takiej dziewczyny nigdy bym nie wyrzucił z łózka.
- Będziesz miał jedną więcej. Powiedziała patrząc na moje ręce, ciągle walczące z zapałkami. Uśmiechała się. Wziąłem i przypaliłem szluga bez słowa, mrugając oboma oczami na znak, że dziękuję.

Myśl, że mam do czynienia z jednorazową usługą runęła, gdy spytała się czy może tutaj usiąść.
- Pytam bo wygladasz mi na gościa, który lubi być sam ze sobą.
- Od czasu do czasu.- Odpowiedziałem, zastanawiając się czy, aż tak przypominam Świetlickiego? To jej wystarczyło. Usiadła opierając się ręką na moim ramieniu. Momentalnie po tym manewrze zaczęła grzebać w swoim plecaku, przerzucając wszystkim co tam miała, głównie kompaktami i butelkami o nazwach pisanych cyrylicą, udając, że czegoś szuka.

Zrozumiałem.

Chodziło tylko o szluga.